O autorze
MAGDALENA PINKWART: Urodziłam się w Warszawie, w rodzinie dziennikarzy i podróżników. Więc to naturalne, że wychowałam się w stolicy, a od najmłodszych lat dużo podróżowałam. Potem zostałam dziennikarzem, żeby pisać o podróżach. Zostałam też pilotem wycieczek, żeby mówić o podróżach. Wreszcie zostałam przewodnikiem po Warszawie, żeby – wtedy, gdy nie piszę i nie mówię o podróżach – pokazywać wszystkim, jak fajne jest moje miasto. Jestem członkiem zarządu Stowarzyszenia Dziennikarzy Podróżników „Globtroter” i współzałożycielką kobiecego biura przewodniczek warszawskich „Syrenki”.

SERGIUSZ PINKWART: Magda mówi o mnie, że jestem „Zeligiem”, bo tak jak bohater filmu Woody’ego Allena błyskawicznie dostosowuję się do każdego środowiska. Urodziłem się na warszawskim Powiślu, ale w zasadzie czuję się zakopiańczykiem. W połowie lat ’80-tych wpadł mi w ręce magazyn „National Geographic” i już wiedziałem, że chcę być podróżnikiem. Na początku jednak, zostałem muzykiem, bo wydawało mi się, że to jedyny zawód, który pozwala bezkarnie włóczyć się po świecie. Skończyłem Akademię Muzyczną w Warszawie, ale w międzyczasie obejrzałem „Indianę Jonesa” i postanowiłem stać się archeologiem. Co by mi się może i udało, gdybym nie zaczął pracować jako dziennikarz w Super Expressie, a potem w Vivie! Podróżowałem służbowo, robiąc wywiady (m. in. z Woodym Allenem i Harrisonem Fordem, Madeleine Albright i Hillary Clinton). Co jeszcze? Wszedłem na Kilimandżaro, napisałem osiem książek, gram na altówce w Teatrze Muzycznym Roma i w kwartecie smyczkowym.

Wspólnie prowadzimy portal turystyczny www.turystyka24.tv i bloga parentingowego www.dzieckowdrodze.com

Budapeszt, czyli weekend w Wielkim Mieście

Panorama Budapesztu ze Wzgórza Zamkowego
Panorama Budapesztu ze Wzgórza Zamkowego MSPinkwart turystyka24.tv
Blisko, tanio, ciekawie. Tak można w trzech słowach opisać Budapeszt. Jeśli nie macie jeszcze planów na długi weekend, to warto rozważyć wizytę w stolicy kraju, z którym łączy nas dużo więcej niż pociąg do szabli i szklanki.

Nie wiem jak Was, ale to co nas najbardziej kusi w kraju bratanków, to fantastyczne, węgierskie jedzenie. Budapeszt to miasto, z którego nikt nie wyjedzie o pustym żołądku. Liczba restauracji na kilometr kwadratowy przyprawia o ból głowy. Najwięcej jest, oczywiście, jadłodajni regionalnych. Miłośnicy tradycyjnej kuchni węgierskiej najlepszy gulasz znajdą w restauracji Karpatia , której bogate wnętrza w stylu fin de siecle pochodzą z 1877 r. Jedzenie jest tu naprawdę smaczne, przygotowane ze świeżych składników i doskonale smakuje z węgierskimi winami. Choć jeśli mielibyśmy polecić lokal specjalnie dla koneserów niezbyt drogich, ale smakowitych trunków, to idźcie do „Bástya Borozó” przy Székely u. 2/4. W małej uliczce nieopodal Wzgórza Gellerta jest piwniczka, w której uśmiechnięty pan Karol (tak przynajmniej nam się wydaje, że się przedstawił) serwuje najlepszy Muskat w mieście za śmieszną cenę 100 HUF za szklankę (1 zł 40 gr).
Pokrzepieni na ciele, możemy stawić czoła węgierskiej kulturze i sztuce. W tym celu najlepiej jest wjechać zabytkową kolejką linową na wzgórze zamkowe i tam odwiedzić Galerię Narodową. Ponieważ Muzeum Narodowe jest od kilku lat w remoncie, więc Galeria Narodowa na Zamku Królewskim przejęła rolę najważniejszego muzeum sztuki. Obecnie można tu zobaczyć wystawę czasową RIPPL-RÓNAI I MAILLOL – Historia Przyjaźni (ciekawa retrospektywa dwóch malarzy: Węgra i Francuza, którzy wspólnie „przeżywali” zmiany najistotniejszych gatunków sztuki końca XIX i początku XX wieku – od impresjonizmu, przez ekspresjonizm, po eksperymenty modernistyczne. Nam spodobała się też ciekawa galeria sztuki średniowiecznej, gdzie znaleźliśmy sporo makabry rodem z dawnego węgierskiego Siedmiogrodu. Zresztą rzućcie okiem. Od razu zrozumiecie KOGO i jaką krainę mamy na myśli.

Pojechaliśmy do Budapesztu z dzieckiem, więc nie mogliśmy odmówić sobie spaceru po tutejszym Zoo, które należy do najstarszych na świecie. Zwierzyniec powstał tu za pierwszych lat rządów cesarza Franciszka Józefa, w 1866 roku. Dziś mieszka tu ponad 5000 zwierząt, ale podziwiać można zarówno faunę, jak i architekturę pawilonów, które stylistyką dostosowano do regionów świata, z których pochodzą zwierzęta.

Jeśli chcielibyśmy połączyć przyjemne z pożytecznym, można wybrać się na zakupy do centrum handlowego Campona, gdzie znajduje się Tropicarium – wielkie akwarium słonowodne z rekinami i innymi morskimi stworzeniami, które można podglądać z bliska, zagłębiając się w szklany tunel przecinający basen o powierzchni 3000 m2. W czwartki o godzinie 15.00 można obserwować karmienie rekinów, a za dodatkową opłatą śmiałkowie mogą podobno popływać wśród drapieżników, ale uczciwie przyznajemy, że tego nie próbowaliśmy.
Za to intensywnie korzystaliśmy z innych wodnych atrakcji stolicy Węgier. Budapeszt, to nie tylko centrum administracyjne i kulturalne kraju, ale także uzdrowisko termalne. Już Rzymianie zachwycali się leczniczymi właściwościami tutejszych gorących źródeł, a niektóre tureckie łaźnie działają nieprzerwanie od XVI wieku. My moczyliśmy się zarówno w obiektach tradycyjnych, jak i nowoczesnych.
Przed południem wybraliśmy się do Aquaworld. Żeby do niego dojechać musieliśmy odbyć kombinowaną podróż metrem i autobusem, co trwało ok. 1,5 godziny. Poza tym przystanki przy końcowej stacji metra, Újpest-Központ, są opisane wyłącznie po węgiersku, więc znalezienie właściwego autobusu wymaga czujności. Do aquaparku odjeżdżają na szczęście również darmowe autobusy z Hősök tere (placu Bohaterów). Aquaworld jest świetnym miejscem na rodzinny, świąteczny poranek. Są tu baseny, zjeżdżalnie, fale, mosty linowe, place zabaw dla dzieci – słowem wszystko to, co pozwoli zająć czymś nieletnie potwory, byśmy my  mogli oddać się rozkoszom SPA. Aquapark ma 21 basenów o łącznej powierzchni lustra wody ponad 3300 m2 i masą wody 4200 m3, zajmuje powierzchnię 86.000 m2, a cały kompleks, ze SPA, hotelem i restauracjami zajmuje powierzchnię 54 tys m2. W Aquaworld Budapest może mieścić się nawet 1800 osób. Także jest się gdzie bawić.
Za to wieczorem poszliśmy do Term Rudas, u podnóża Wzgórza Gellerta. Kompleks basenów i łaźni znajduje się niemal nad samym brzegiem Dunaju. Największą atrakcją jest jednak, naszym zdaniem, niewielki basen z ciepłą wodą, umieszczony na dachu budynku. Nie ma piękniejszego miejsca, na podziwianie świateł wielkiego miasta i płynących po Dunaju, rozświetlonych statków. Gdy obrócimy się w drugą stronę, zobaczymy surowe, skaliste zbocze, z którego w XI wieku zrzucono w drewnianej beczce biskupa Gellerta, którego zapał ewangelizacyjny nie spodobał się ówczesnym Madziarom. Na wierzchołku ustawiono budapesztańską Statuę Wolności. A nad kamienną figurą migocze rozgwieżdżone niebo.
Po zmierzchu można się też wybrać na Wzgórze Zamkowe, by mieć u stóp cały Budapeszt.
Zresztą, jeśli chodzi o widoki, to nic nie przebije tego, który mieliśmy z okna naszego hotelu. Zamieszkaliśmy w zwyczajnym, turystycznym Novotelu Danube. Ale widok na gmach Parlamentu po pesztańskiej stronie Dunaju, naprawdę mógłby być warty fortunę.
Hotel miał jeszcze jedną zaletę – był pięć minut spacerkiem od stacji metra Batthyány tér (linia czerwona). Przy placu Batthyány była stacja przesiadkowa autobusów, duży dom handlowy z supermarketem, butikami i restauracjami czynnymi do późna i piękny, barokowy kościół. Byliśmy w samym centrum i dojazd do najważniejszych atrakcji metrem lub tramwajem nie zajmował wiele czasu. Zresztą Budapeszt ma doskonałą i bardzo tanią komunikację miejską. W mieście dojedziecie wszędzie autobusami, tramwajami lub metrem. Na budapesztańskim lotnisku Franciszka Liszta skierujcie się do stanowiska komunikacji miejskiej (oznaczonego symbolem BKK). Punkt znajduje w hali przylotów się po prawej stronie od wyjścia ze strefy odbioru bagażu. Tam możecie kupić bilet na podróż – najlepiej łączony (kosztuje 530 HUF czyli ok. 7 PLN), na dwa przejazdy: na autobus z lotniska i potem na przesiadkę do metra, które dociera w wiele punktów miasta, więc zapewne dojedziecie nim do celu. Pomiędzy liniami metra można się przesiadać bez konieczności kasowania kolejnego biletu. Z lotniska kursuje autobus linii 200E (przystanek znajduje się po prawej stronie od wyjścia z lotniska) do końcowej stacji metra Kőbánya-Kispest (linia niebieska M3). Tam na łączonym bilecie można jechać dalej. Na weekendowy wypad świetnym rozwiązaniem jest 72-godzinna  karta miejska – na same przejazdy komunikacją kosztuje 4 150 HUF (czyli ok. 56 PLN), a karta turystyczna z biletem komunikacji i ze zniżkami w restauracjach i atrakcjach turystycznych, oraz darmowymi wstępami do wielu muzeów i darmowym zwiedzaniem z przewodnikiem kosztuje 9 900 HUF (czyli ok. 134 PLN).
Trwa ładowanie komentarzy...