O autorze
MAGDALENA PINKWART: Urodziłam się w Warszawie, w rodzinie dziennikarzy i podróżników. Więc to naturalne, że wychowałam się w stolicy, a od najmłodszych lat dużo podróżowałam. Potem zostałam dziennikarzem, żeby pisać o podróżach. Zostałam też pilotem wycieczek, żeby mówić o podróżach. Wreszcie zostałam przewodnikiem po Warszawie, żeby – wtedy, gdy nie piszę i nie mówię o podróżach – pokazywać wszystkim, jak fajne jest moje miasto. Jestem członkiem zarządu Stowarzyszenia Dziennikarzy Podróżników „Globtroter” i współzałożycielką kobiecego biura przewodniczek warszawskich „Syrenki”.

SERGIUSZ PINKWART: Magda mówi o mnie, że jestem „Zeligiem”, bo tak jak bohater filmu Woody’ego Allena błyskawicznie dostosowuję się do każdego środowiska. Urodziłem się na warszawskim Powiślu, ale w zasadzie czuję się zakopiańczykiem. W połowie lat ’80-tych wpadł mi w ręce magazyn „National Geographic” i już wiedziałem, że chcę być podróżnikiem. Na początku jednak, zostałem muzykiem, bo wydawało mi się, że to jedyny zawód, który pozwala bezkarnie włóczyć się po świecie. Skończyłem Akademię Muzyczną w Warszawie, ale w międzyczasie obejrzałem „Indianę Jonesa” i postanowiłem stać się archeologiem. Co by mi się może i udało, gdybym nie zaczął pracować jako dziennikarz w Super Expressie, a potem w Vivie! Podróżowałem służbowo, robiąc wywiady (m. in. z Woodym Allenem i Harrisonem Fordem, Madeleine Albright i Hillary Clinton). Co jeszcze? Wszedłem na Kilimandżaro, napisałem osiem książek, gram na altówce w Teatrze Muzycznym Roma i w kwartecie smyczkowym.

Wspólnie prowadzimy portal turystyczny www.turystyka24.tv i bloga parentingowego www.dzieckowdrodze.com

Kto stoi za Drakulą?

Dziedzieniec zamku Bran, siedziby mitycznego hrabiego. Micuła i Pinkwart
Nowa Zelandia żyje z Tolkiena, choć sam J.R.R. byłby mocno zdziwiony pomysłem umieszczenia Śródziemia na antypodach. Finlandia to jak wszyscy wiedzą, kraina Świętego Mikołaja, biskupa Miry (dzisiejsza Turcja). Ale przecież nie wszystko jest czystą fikcją. Pojechaliśmy do Rumunii, żeby zobaczyć jak kraj wykorzystuje prawdziwego rodzimego bohatera, który stał się ikoną popkultury.

MAGDALENA: Ten wyjazd to był pomysł Sergiusza, ale ja też byłam ciekawa czy to kraj wielkiej biedy i cygańskich osiedli czy może czają się tam wilkołaki, a od cmentarzy lepiej trzymać się z daleka.



SERGIUSZ: Magda nastawiła się na egzotykę. Na posiłki w lokalnych oberżach, w towarzystwie okrytych owczymi skórami ponurych pasterzy popijających w milczeniu śliwowicę. Na scenki rodzajowe rodem z „Nieustraszonych pogromców wampirów”. Czytała przewodniki i relacje w Internecie, w których ostrzegano potencjalnych turystów przed żebrakami, brakiem ciepłej wody i dziurawymi drogami. Obawiałem się, że będzie rozczarowana, a Rumunia okaże się zagłębiem turystycznym, w których straszy kiczowaty wampir rodem z Hollywood. Ale jednocześnie ciekawiło mnie jak wykorzystuje się tam popularność Vlada, XV-wiecznego wołoskiego hospodara, który zasłużenie dorobił się przydomka „Palownik”.

MAGDALENA: Zaczęliśmy od owianej złą sławą Transylwanii. Już sama nazwa regionu wywołuje gęsią skórkę. Akurat była pełnia, a przy drogach wałęsały się sfory dzikich, bezpańskich psów. Wtedy mnie to zmroziło, ale potem okazało się, że te psy to w Rumunii norma. W sercu Transylwanii, w Sighişoarze urodził się legendarny Drakula. Górne miasto, to wpisana na listę UNESCO prawdziwa średniowieczna perełka, a w domu, w którym mieszkał słynny Vlad mieści się restauracja i sklep z pamiątkami. Do wstąpienia zachęca wampir szczerzący zęby w hollywoodzkim uśmiechu.


SERGIUSZ: Wampir z dykty wabił do restauracji turystów, ale w środku była izba pamięci poświęcona „prawdziwemu” hospodarowi. A więc moim zdaniem, całkiem sprytne połączenie komercji i historii, wampira z gotyckiej powieści Brama Stokera i realnego bohatera krwawych walk z Turkami. W sali jadalnej wisiał dość makabryczny obraz przedstawiający Vlada spożywającego wieczerzę w towarzystwie nawleczonych na pale nagich ciał. Bardziej wrażliwi mogli się przesiąść pod popiersie wąsatego wojownika, albo koło gabloty ze średniowiecznym uzbrojeniem. Zamówiłem flaczki (ciorba de burta), co Magdzie wydało się nieco niestosowne...

MAGDALENA: Bo te kawałki słoniny pływające w śmietanie pokrytej centymetrową warstwą roztopionego tłuszczu to była naprawdę najstraszniejsza rzecz jaką widziałam w Transylwanii. Do obiadu (można wybierać pomiędzy gulaszem Drakuli, medalionami wieprzowymi Drakuli i kilkoma innymi zwyczajnymi daniami okraszonymi Drakulą w nazwie) serwują tu wino – a jakże – Vampire. Po obiedzie u Drakuli na turystów czekają sklepiki z pamiątkami, wśród których są różnej wielkości figurki Vlada III, popielniczki, kubki i koszulki z wampirami.

SERGIUSZ: I bardzo dobrze. Jak powiedzieliśmy znajomym, że jedziemy do Rumunii, to dostaliśmy zamówienia na wampirze zęby, sztuczną krew i koszulki z Drakulą. Wbrew pozorom, nie było aż tak wiele miejsc, gdzie mogliśmy zrobić takie zakupy.


MAGDALENA: Największy wybór był na bazarku w Bran. Autokary jeden za drugim podjeżdżają na parking pod zamkiem, który, choć jest symbolem wampirycznego mitu, z prawdziwym Drakulą ma niewiele wspólnego. Vlad Ţepeş według niektórych historyków prawdopodobnie nigdy tu nie był. Rzesze turystów ściągają tu, bo zamek na wzgórzach wygląda wyniośle i groźnie, ma więc zadatki na mroczną siedzibę krwawego satrapy. Wewnątrz są tajemne przejścia i ukryte komnaty. Poza tym jest doskonale zachowany w przeciwieństwie do prawdziwej, ale trudno dostępnej i zrujnowanej twierdzy Palownika, Poienari. Turyści idą jak w dym i w zasadzie trudno im się dziwić. Nie sądzę, by choć 10 procent z nich przeczytało bardzo długą i szczegółową historię życia wołoskiego hospodara napisaną drobnym druczkiem w jednej z komnat. Zwłaszcza, że atrakcyjniejsze są historie o wampirach opowiadane przez przewodników poprzebieranych w czarne, podbite krwistoczerwonym materiałem płaszcze.

SERGIUSZ: Według zasady: klient płaci, klient wymaga. Ale tak to działa również u nas. W gronie przewodników górskich w Zakopanem głośna była kiedyś historia o jednym, znanym i szanowanym koledze, który na Gubałówce objaśniał grupie turystów panoramę Tatr: „Tamten szczyt, to Gerlach najwyższa góra Tatr, a obok widzicie państwo Rysy...”. Usłyszał to inny przewodnik, poczekał chwilę, a potem wziął na bok przewodnicki autorytet i pyta się go: „Józek! Co ty gadasz!? Przecież stąd nie widać ani Rysów, ani Gerlacha!”. Na co ten odrzekł ze spokojem: „Turyści chcą widzieć Rysy? No to widzą”. Płaszcze i wampirze akcesoria mnie w Bran nie rażą. Bardziej mnie zmartwiło to, że prawdziwe miejsca związane z Palownikiem są zapomniane.


MAGDALENA: W Bukareszcie – mieście, które założył Vlad III, jego pałac jest kompletną ruiną. Zostały tylko podziemia, gołe mury pilnowane przez znudzonego strażnika. Monaster na wyspie w pobliskim Snagov, gdzie prawdopodobnie pochowano legendarnego wojownika, także świeci pustkami. Może dlatego, że przewodniki i fora internetowe ostrzegają, że na wyspę można się dostać z dużym trudem, jedynie wynajętą we wsi łodzią, oczywiście za sowitą opłatą. Kiedy jednak dotarliśmy na brzeg jeziora i zaczęliśmy pytać o łódkę, miejscowy rolnik, płynną angielszczyzną wyjaśnił nam jak do monasteru przejść wygodnym mostem pieszym.

SERGIUSZ: Kolejny mit upadł. Bo ani ten dojazd trudny, ani klasztor i grobowiec mroczne. Co najwyżej – puste.


MAGDA: No dobrze, a historia o kościach konia, które zamiast ludzkich szczątków znaleziono podczas ekshumacji z grobu Drakuli nie jest mroczna?

SERGIUSZ: Ekshumacje, nie tylko na Wołoszczyźnie, to drażliwy temat. Jednak stojąc u skromnego grobu Vlada Ţepeşa (wolę wierzyć w to, że to jednak jego tam pochowali) czułem żal, że niezwykła postać historyczna przegrywa z bajką. Kuszenie turystów obdarzonym ostrymi kłami hrabią byłoby w porządku, jeśli wyjadą z Rumunii z poczuciem, że prawdziwy Vlad, zwany Draculem (z powodu orderu Smoka przyznanego jego ojcu przez cesarza Zygmunta Luksemburczyka) jest ciekawszy od papierowej postaci wymyślonej przez Brama Stokera, który w Transylwanii nigdy nie był. Ale obawiam się, że idzie to w odwrotnym kierunku. Ministerstwo Turystyki Rumunii przymierza się do wybudowania tematycznego parku rozrywki, poświęconego Drakuli. Za parę lat nieśmiertelny arystokrata, który nie rzuca cienia, nie odbija się w lustrze i dla wygody zamienia się w nietoperza, przyćmi zupełnie okrutnego obrońcę Chrześcijaństwa. W hrabiego Drakulę uwierzą nawet jego rodacy, a Vlad Palownik nie będzie już nikomu potrzebny. Umrze po raz drugi, tym razem na zawsze.

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Trwa ładowanie komentarzy...