piątek
spacer po Starówce
kolacja w restauracji Tamka 43
sobota
Poranek na Wyścigach
Muzeum Powstania Warszawskiego
Impreza na Placu Zbawiciela
niedziela
PKIN
Obiad w barze mlecznym
piątek, godz. 16.00
Spacer po Starówce
Przez całe wakacje jedne z najważniejszych zabytków Warszawy były w remoncie – za płotami i foliami ochronnymi ukryte były: Rynek Starego Miasta, Archikatedra Św. Jana, Pałac na Wyspie w Łazienkach, Plac Piłsudskiego z Grobem Nieznanego Żołnierza. Dziś już lśni nowością odsłonięta dosłownie kilka dni temu fasada Archikatedry, a na odnowionym Placu Piłsudskiego wyeksponowano przebieg historycznej Osi Saskiej. Dlatego listopadowy dzień to znakomity moment na spacer po Trakcie Królewskim i warszawskiej Starówce – doszczętnie zniszczonej w czasie Powstania Warszawskiego, dźwigniętej w ekspresowym tempie przez architektów i budowniczych na początku lat 50-tych. Za wierność rekonstrukcji warszawskie Stare Miasto zostało we wrześniu 1980 roku wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Podczas spaceru można obserwować autentyczne ślady po kulach na zachowanych z czasów wojny nadprożach, kolorowe kamieniczki i urocze zaułki, cieszyć się ciszą w samym centrum miasta przechodząc Międzymurzem Zachwatowicza, które omijają wycieczki, a za to bardzo lubią nowożeńcy podczas ślubnych sesji zdjęciowych. Oglądać słynne warszawskie monumenty – Syrenkę (tę autorstwa Konstantego Hegla, do drugiej, dłuta Ludwiki Nitschowej, trzeba pojechać nad Wisłę), pomnik Małego Powstańca, Jana Kilińskiego i najstarszy świecki pomnik w Warszawie – Kolumnę Zygmunta z 1644 roku.
piątek, godz. 19.00
Kolacja w restauracji Tamka 43
Na kolację wybieramy restaurację Tamka 43, w nowoczesnym budynku, który wyrósł na przeciwko Pałacu Ostrogskich mieszczącym Muzeum Chopina. Najlepiej usiąść przy stoliku na piętrze, tuż przy panoramicznym oknie z widokiem na gmach muzeum. Takie odważne wizualnie połączenie nowoczesnej konstrukcji z budynkiem tradycyjnie wpisanym w architekturę stolicy, przypomina architektoniczne eksperymenty w Holandii. Tam szklano-betonowe konstrukcje są dobrze wkomponowane w tradycyjną zabudowę miejską, tworząc pozornie niemożliwą do pogodzenia mieszankę dobrego gustu i smaku.
A kuchnia restauracji Tamka 43, podobnie jak architektura, również godzi smaki pozornie nie mające ze sobą nic wspólnego. Szefem kuchni jest tu Rafał Hreczaniuk, który przez lata pracował ze specjalistą od kuchni molekularnej, zdobywcą gwiazdki Michelin Modestem Amaro. Nie boi się eksperymentować i powodzeniem łączy borowiki z werbeną i parmezanem, czy żabnicę z porem i wędzonym mlekiem.
Sam robi zakupy na słynnym bazarku przy Hali Mirowskiej, wprowadza potrawy sezonowe, dlatego karta w restauracji zmienia się na bieżąco. Niedawno kupił – tym razem na aukcji we Włoszech – świetne trufle. Czy chcemy spróbować? Pytanie… Risotto z zestruganą na cienkie plasterki czarną truflą, to jeden z największych przebojów lokalu. Doskonały obiad kończymy dekadencko kieliszkiem absyntu podawanym tu bardzo widowiskowo z eleganckiej fontanny, przez kostkę cukru.
sobota, godz. 11.00
Poranek na wyścigach
Służewiec, tor wyścigów konnych. Pierwsza gonitwa jest o 11.15, ale stali bywalcy służewieckiego toru już od dawna mają wytypowane konie w pokreślonych, pokrytch na marginesach nerwowymi notatkami programach. Teraz siedzą na ławeczkach i przyglądają się wierzchowcom przeprowadzanym po paddoku przed pierwszą gonitwą. Podejmują ostatnie decyzje i idą obstawiać zakłady, gdzie zdecydowanym tonem rutyniarza wybierają porządki i typują kwinty. Potem z białym kwitkiem z wydrukowanym zakładem w dłoni i nadzieją w sercu można już wyruszyć na tor, by obserwować wprowadzanie koni do maszyny startowej, zanim komentator wyścigów wykrzyczy słynne: „Rrrrrrrrrruszyły!”.
Zaczyna się nerwowe wypatrywanie, czy nasz faworyt wypadnie na zakręcie czy wyjdzie do przodu na ostatniej prostej. Chwilę później konie przebiegają tuż przed trybunami. Widać pot lśniący na końskich szyjach, błoto z impetem lecące spod kopyt, słychać świst palcatów w dłoniach dżokejów, którzy próbują jeszcze bardziej wyciągnąć galop na ostatnich metrach przed celownikiem. A emocje widzów, nawet tych, którzy z jeździectwem nie mają nic wspólnego, sięgają zenitu. W końcu za dwa złote, które kosztuje najniższy zakład (3 złote na najbardziej popularny – porządek), opłaca się nie tylko szansę na wygraną, ale przede wszystkim emocje. To jedno pozostało niezmienne od czasu przeniesienia toru na Służewiec z Pola Mokotowskiego. Choć dziś warszawskim wyścigom daleko do czasów świetności z czerwca 1939 roku, kiedy otwarto doskonale przygotowany tor wraz z nowoczesnymi, modernistycznymi budynkami mieszczącymi restauracje i trybuny, wybudowane przez zespół najlepszych architektów pod kierunkiem Zygmunta Plater-Zyberka, ma się wrażenie, że w oszklonych pomieszczeniach wciąż echem odbijają się echem głosy przedwojennych bywalców, którzy emocjonowali się ostatnim wyścigiem na kilka godzin przed wybuchem II wojny światowej, w słoneczne popołudnie 31 sierpnia 1939 roku.
sobota, godz. 15.00
Muzeum Powstania Warszawskiego
Skoro już mowa o słodko-gorzkiej historii, która doświadczała Warszawę, jedziemy do Muzeum Powstania Warszawskiego. Nowoczesna multimedialna ekspozycja została umieszczona w dawnej elektrowni tramwajowej z początku XX wieku.
Zaraz po wejściu do ciemnego pomieszczenia Muzeum wpadamy w sam środek nalotu bombowego. Nad naszymi głowami świszczą pociski, słychać wybuchy i domy walące się w gruzy. Momentalnie cofamy się niemal 70 lat wstecz i potykając się na prawdziwym warszawskim bruku nie tyle zaczynamy zwiedzanie, ile przenosimy się w inną rzeczywistość. Możemy wsiąść na motocykl z czasów wojny, wydrukować tajną gazetę, przejść się ciasnymi, wąskimi kanałami, przyjrzeć z bliska naturalnej wielkości samolotowi typu Liberator B24J – takiemu, jakie zrzucały nad walczącą Warszawą zasobniki z bronią i żywnością. Na powierzchni ponad 3000 metrów kwadratowych wyeksponowano blisko 1000 eksponatów oraz 1500 fotografii i filmów, przedstawiających walkę i powstańczą codzienność. Sercem Muzeum jest stalowy pylon przebiegający przez wszystkie kondygnacje. Na jego ścianach wyryte jest kalendarium Powstania, a dobiegające z niego brzmienie bijącego serca symbolizuje życie Warszawy, które nie zgasło w 1944 roku. Muzeum otwarto w 60. rocznicę wybuchu walk, jest hołdem dla tych, którzy walczyli i ginęli za wolną Polskę i jej stolicę. Można tu spędzić wiele godzin, po to by z ciężkim sercem wyjść na ulice Warszawy i spojrzeć na nią zupełnie inaczej – już nie jak na brzydkie miasto o nierównej architekturze, ale bohaterską, poranioną stolicę, która w ciągu 70 lat powstała z prochu.
sobota, godz. 19.00
Impreza na Placu Zbawiciela
Najstarsza restauracja w mieście, kilka hipsterskich knajp, pijalnia szampana, naleśnikarnia, sklep ze świeżymi włoskimi produktami – czyli Plac Zbawiciela. Kameralne miejsce, które w ostatnich latach zyskało sobie zasłużoną miłość Warszawiaków. Okrągły plac jest częścią założenia z czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego – Osi Stanisławowskiej, biegnącej od Zamku Ujazdowskiego, przez dzisiejszy Plac na Rozdrożu, Plac Zbawiciela i Plac Politechniki. Kamienice na „Zbawicielu”, na parterach których rozsiadły się najmodniejsze warszawskie lokale, to część zabudowy MDM z lat 50-tych. Budynki siermiężnie obejmujące ramionami plac na którym stoi najbardziej kontrowersyjna polska tęcza (właśnie po raz kolejny jest odbudowywana, przeczytasz o tym TUTAJ. Ciekawe, czy spłonie po raz kolejny...) to fragment wzorcowej socrealistycznej dzielnicy ciągnącej się od Placu Konstytucji. Tuż obok miejsca, gdzie gwiazdy i hipsterzy piją szampana w modnej Charlotcie lub włoskie wino we włoskiej trattorii Wine Shop&Heritage (znawcy mówią, że mają tu najlepsze espresso w mieście) czy bawią się w Planie B, straszą socrealistyczne rzeźby chłopów i robotników.
Dominantą Placu Zbawiciela jest kościół Najświętszego Zbawiciela. Neorenesansowa budowla projektu Józefa Piusa Dziekońskiego została wybudowana w 1900 roku jako kontrapunkt dla nieistniejącej już cerkwi na dzisiejszym Placu na Rozdrożu. Wewnątrz świątyni w jednej z kaplic po lewej stronie, można zobaczyć postać niezwykle rzadko w ikonografii występującego świętego – św. Ekspedyta. Ten nawrócony rzymski żołnierz dzierży proporzec z hasłem: Hodie (dziś). Jednym z atrybutów jego postaci jest kruk, skrzeczący: Kras, kras! (jutro). Św. Ekspedyt jest patronem tych, którzy odkładają wszystko na ostatnią chwilę i studentów (w zasadzie na jedno wychodzi). Wieczorami kościół jest pięknie iluminowany, przed nim na nowo rozkwita kontrowersyjna tęcza, a z knajpy do knajpy pielgrzymują setki młodych ludzi poszukujących rozrywki. Jeżeli ktoś chce się zabawić, to właśnie tam znajdzie do tego odpowiednie miejsce i towarzystwo.
niedziela, godz. 10.00
Pałac Kultury i Nauki
Dla jednych duma dla innych relikt przeszłości, który jak najszybciej trzeba usunąć z horyzontu. Pałac Kultury i Nauki w Warszawie to bezsprzecznie budowla, wobec której nie da się przejść obojętnie.
Wybudowany nadludzkim wysiłkiem w ciągu trzech lat – od 1952 do 1955 roku, kiedy to 22 lipca oficjalnie został otwarty. Przy jego ekspresowej budowie pracowali budowniczowie z ZSRR (to był prezent Józefa Stalina dla bratniego kraju, więc siła robocza i większość materiałów przyjechała zza wschodniej granicy). Ci którzy zginęli na budowie lub zmarli z dala od domu, zostali pochowani na cmentarzu prawosławnym na Woli, w wydzielonej kwaterze budowniczych PKiN. Nasz pałac przypomina moskiewskie budowle tego typu – najbliżej jest mu chyba do Uniwersytetu Łomonosowa na Worobiowych Wzgórzach. Tyle, że ten jest naprawdę wysoki (jest od ponad 50 lat wciąż najwyższy w Polsce). Zawdzięczmy to naczelnemu architektowi powojennej warszawy – Józefowi Sigalinowi, któremu pierwszy sekretarz zapowiedział, że „ma być zdziwiony i mile zaskoczony” propozycją budowy pałacu w centrum Warszawy. Może i by tak było, gdyby nie odbyło się to kosztem setek kamienic, które, choć przetrwały wojnę w stanie pozwalającym na ich odbudowanie, zostały wyburzone pod plac budowy molocha. W każdym razie Sigalin (kiedy architekci i decydenci z drugiego brzegu Wisły obserwowali samolot zataczający kręgi nad placem budowy, by określić wysokość wieżowca) podobno w tym momencie jak natchniony windował wysokość wyżej i wyżej, znacznie przekraczając plany, które przywieźli goście z Moskwy. Ostatecznie stanęło na 187 (bez iglicy) metrach. Dziś pałac to nie tylko siedziba wielu instytucji, kilku muzeów, kin i teatrów. To także pomnik myśli architektonicznej (brawo Lew Rudniew) i technicznej, która – pamiętajmy – niemal 60 lat temu – pozwoliła na użycie doskonałej jakości materiałów, świetny polski (bo pałac miał być narodowy w formie) design i nowoczesne rozwiązania, które nawet dziś robią wrażenie. Podobnie jak panorama Warszawy ze 114 metrów z tarasu widokowego na „trzydziestce” czyli XXX piętrze PKIN. Mówi się, że jest stąd najpiękniejszy widok na Warszawę, bo… to jedyne miejsce, z którego nie widać Pałacu Kultury. W sezonie jesiennym taras czynny jest do godziny 18 (bilet – 18 zł).
niedziela, godzina 13.00
Obiad w barze mlecznym
Utrzymując się w klimacie PRL idziemy na obiad do baru mlecznego. W ostatnich latach powstały w Warszawie Mleczarnie (przy Bagateli czy Placu Bankowym), czyli lokale z tradycyjną kuchnią inspirowane barami mlecznymi. Jedzenie jest naprawdę dobre, choć z cenami nie z baru mlecznego, i przyciąga w porze lunchu zwyczajnych yuppies. Więc choć pomidorówka z makaronem jest tu na medal, idziemy do prawdziwych barów mlecznych, gdzie towarzystwo nie będzie pod krawatami. A ceny z rodzaju 3,56 za obiad nie dziwią nikogo. Niedawno przy Marszałkowskiej otwarto unowocześniony legendarny bar „Prasowy”, działający od lat 60-tych. Jednak po modernizacji zatracił swój uroczy siermiężny charakter – „barowe” ceny i obsługę składającą się z pań w wieku przedemerytalnym w niebieskich fartuszkach. Dlatego naszym faworytem jest „Złota Kurka” przy Placu Konstytucji. Wchodząc do lokalu możemy nie tylko przenieść się w głęboki PRL, ale także mamy unikalną szansę zobaczyć od podszewki niesamowity rozmach projektu domów w dzielnicy MDM – socjalistycznej wzorcowej dzielnicy robotniczej, która rozorała centrum miasta przerywając tradycyjny bieg ulic i wstydliwie kryjąc fasady kościołów. Wysoko sklepione wnętrze pokazuje PRL-owskie mozaiki i stiuki, pochylające się nad prostymi, nawiązującymi do estetyki lat 70-tych stolikami, na których lądują leniwe, schabowe, pierogi i mizeria. Towarzystwo – od studentów pobliskiej Politechniki, po aktorów starszej daty, którzy nie mogą sobie pozwolić na stołowanie w lepszym lokalu. Dla nas – niespotykana już nigdzie indziej magia minionych lat zatrzymana w kadrze życia, kiedy pani w fartuszku i siatkowym czepku na włosach woła znad aluminiowych garów: „Ruskie do ogórkoweeeej!”.
Warto pomyśleć o przedłużeniu weekendu, bo 11 listopada warszawskim Traktem Królewskim przejdzie uroczysta defilada z okazji Święta Niepodległości. Historyczna parada wyruszy ok. godz. 13 z placu Piłsudskiego, przejdzie Krakowskim Przedmieściem, Nowym Światem i około 14.30 dotrze do Muzeum Wojska Polskiego, gdzie rozpocznie się impreza Dotknij Niepodległości.
