Piątek:
godz. 16.50 Pociąg Dublin-Belfast
godz. 20.00 Belfast Pub „Duke of York”
Sobota:
godz. 08.00 Divis Street
godz. 11.00 Mourne Seafood Bar (Fish&Chips)
godz. 12.30 Muzeum Titanica
godz. 14.00 Crown Bar
godz. 20.00 National Concert Hall
Niedziela
godz. 11.00 Muzeum Pisarzy
godz. 13.00 Katedra
Piątek:
godz. 16.50 Pociąg Dublin-Belfast
Dwie godziny i piętnaście minut jazdy wygodnym Inter City dzielą stolicę niezależnej Irlandii z głównym miastem Ulsteru – prowincji Irlandii Północnej, należącej do Korony Brytyjskiej. W zapadającym zmroku przyglądamy się mokrym od deszczu, ale wciąż intensywnie malachitowym łąkom i starannie wypielęgnowanym małym domkom, przypominającym hobbicie nory. Wnętrze „Zielonej Wyspy” wydaje się nostalgicznie opustoszałe. Jakby czas zatrzymał się tu na początku XX wieku, gdy kolejne fale głodu wygnały do Stanów Zjednoczonych setki tysięcy emigrantów, w tym przodków prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Niepostrzeżenie przejeżdżamy granicę z Wielką Brytanią. System metryczny zmienia się tu na angielski, euro na funty, a irlandzcy patrioci stają się automatycznie terrorystami. Tego wszystkiego nie zauważamy wcale, zajęci rozmową o historii Irlandii i Świętym Patryku, który obchodzi swoje zielone, piwne święto w urodziny Magdy. Na dworcu w Belfaście wieje zimny wiatr. Musimy szybko znaleźć jakiś miły pub. Taksówkarz patrzy na nas uważnie, a potem wiezie nas do baru „Duke of York”.
godz. 20.00 Belfast, Pub „Duke of York”
To tu legendarny przywódca partii Sinn Féin – Gerry Adams pracował przez lata jako barman. Ekscytujemy się tym w różnym stopniu. Dla Sergiusza nazwisko lidera partii związanej z IRA, to stały punkt odniesienia. W latach osiemdziesiątych w Dzienniku Telewizyjnym i Teleekspressie – najważniejszych programach informacyjnych PRL-u, wydarzenia z Irlandii Północnej były mocno eksponowane. Władze niby potępiały terroryzm, ale donosiły z satysfakcją o każdej porażce brytyjskiego rządu znienawidzonej pani premier Margaret Thatcher. Z fałszywą troską pochylano się nad niedolą uciskanych katolików w protestanckiej enklawie na „Zielonej Wyspie”. Magda wzrusza ramionami, gdy w 1994 roku Sinn Féin w imieniu Irlandzkiej Armii Republikańskiej podpisywała zawieszenie broni, ona jeszcze chodziła do podstawówki i bawiła się lalkami. Wypija duszkiem pintę piwa Murphy’s i rozgląda się po bogato zdobionym wnętrzu pubu. Każdy element ma tu znaczenie, a rzeźbione stoły aż kipią od polityki.
Sobota godz. 08.00 Divis Street
Dziś chcieliśmy odpocząć od wielkiej polityki, ale dochodzimy do wniosku, że trzeba na własne oczy przekonać się o co w tym wszystkim chodzi. Jedziemy więc na Divis Street, gdzie zaczynają się murale na ścianie oddzielającej katolików od protestantów. Magdzie przypominają się mury wokół Betlejem, które widziała niedawno w Autonomii Palestyńskiej. Tam i tu, panuje ta sama atmosfera napięcia i grozy, jakby zawieszenie broni było tylko chwilowe, a nie trwało osiemnaście lat. Na Ścianie Pokoju odnajdujemy podpis laureata Nagrody Nobla, Nelsona Mandeli i podpisujemy się tuż obok niego. A co!
Godz. 11.00 Mourne Seafood Bar (Fish&Chips)
To podobno najlepsza restauracja w mieście, z tradycyjnym wyspiarskim jedzeniem. Przy wejściu Magda krzywi się niemiłosiernie, bo żeby wejść do tej eleganckiej restauracji trzeba przejść przez firmowy sklepik ze świeżymi rybami, z wielką ladą pełną owoców morza. Ale po chwili zapominamy o wszystkim złym, bo na stole pojawia się tradycyjny i tradycyjnie wielki, zestaw „Fish&Chips”, czyli dorsz z frytkami i pastą z zielonego groszku. Jakby nie patrzeć, solidny kawał mięska. Przy stolikach siedzą zarówno turyści studiujący mapy miasta, jak i biznesmeni wpadający tu na lunch.
godz. 12.30 Muzeum Titanica
Posileni i podniesieni na duchu jedziemy do stoczni, z której wyruszył w swą pierwszą, albo jak kto woli ostatnią podróż najsłynniejszy transatlantyk świata. W kwietniu 1912 roku żegnano go tu z honorami. Rejs do Ameryki przerwała, jak wiadomo, góra lodowa. A „Titanic” wdarł się szturmem do historii. Muzeum Titanica na miejscu „suchego doku” przypomina wielką czekoladkę zapakowaną w srebrną folię. Ale w środu jest ciekawe, interaktywne, a nawet tak nowoczesne, że zamontowano kolejkę linową. Z wysokości można podziwiać całą stocznię i najróżniejsze zabytki wydobyte ze spoczywającego cztery kilometry pod powierzchnią morza – okrętu. Największe wrażenie zrobiły na nas maszyny telegrafu. Nowoczesne, piękne. Nie uchroniły statku przed katastrofą, ale może to dzięki nim tak szybko podpłynęła „Carpathia” i wyłowiła z wody rozbitków?
godz. 14.00 Crown Bar
Wpadamy do najsłynniejszego i najbardziej stylowego pubu w mieście – Crown Bar na Great Victoria Street. XIX-wieczny lokal w stylu wiktoriańskim wyróżnia się misternymi zdobieniami w drewnie i szkle, zwłaszcza ozdobny bar robi niezwykłe wrażenie. Zamawiamy po pincie ciemnego piwa – a jakże – "Titanic", i wspominamy pasażerów transatlantyka.
Większość z 1500 ofiar katastrofy, to brytyjscy mężczyźni. Wśród 705 uratowanych rozbitków były kobiety, dzieci i Amerykanie. Honor nie pozwolił gentlemanom wpychać się do przepełnionych łodzi ratunkowych przed słabszymi. Zresztą dowodzący akcją oficerowie zarządzili „Ladies first”, więc nie było o czym dyskutować. Amerykanie nie mieli najmniejszej ochoty na wykazywanie się zasadami i dobrymi manierami w obliczu realnego zagrożenia życia. Cóż... Kłaniamy się z szacunkiem Brytyjczykom i wracamy do żywiołowego Dublina.
godz. 16.00 Malahide Castle
Wiatr przegania na moment ciężkie, deszczowe chmury i wychodzi niemal letnie słońce. Skręcamy więc w stronę wybrzeża i zajeżdżamy przed słynny zamek Malahide Castle, który przez 791 lat należał do możnej rodziny Talbottów. Wczytujemy się w długą historię rodu i jedyne co nas dziwi, to jak udało się przetrwać w tym miejscu jednej rodzinie przez tyle czasu. Sceneria jest niezwykle romantyczna, ale kamienne mury widziały tu więcej morderstw, skrytobójczych śmierci, czy okrutnych tortur, niż niejeden królewski dwór.
Na dodatek do tego dochodzą duchy. Zwykłe zamki mają po jednej „Białej Damie” i tyle. Co ważniejsze twierdze mają dwa-trzy potępione duchy błąkające się w bezksiężycowe noce po korytarzach. Malahide Castle ma ich aż pięć. I wszystkie mają masę roboty, bo część zamku zamieniono na ekskluzywny hotel. Jest więc kogo straszyć. Zostaniemy tu na noc? Może innym razem, bo spieszymy się do filharmonii na koncert.
godz. 20.00 National Concert Hall
W samym centrum Dublina wznosi się gmach, w którym odbywają się koncerty filharmoniczne i występy popularnych zespołów. My mamy bilety na wieczór muzyki irlandzkiej. Poznajemy po kolei wirtuozów harfy celtyckiej, fletu, skrzypiec, kilku śpiewaków, a wreszcie zespół ludowego tańca, który „krzesał jak zbójnicy na hali” (to określenie Sergiusza), ewentualnie „stepował jak na Broadwayu" (tak twierdziła Magda). Trzygodzinny występ wydał nam się nieco monotonny, ale irlandzka publiczność była zachwycona.
Niedziela godz. 11.00 Muzeum Pisarzy
Irlandczycy są narodem dumnym ze swojej kultury i wyluzowanym w wielu kwestiach, o które u nas kruszy się kopie, czy podpala tęcze. Ale są pewne sprawy, które traktują ze śmiertelną powagą. Należy do nich literatura. Pomysł wybrania się do Muzeum Pisarzy wydawał nam się nieco ekscentryczny, ale wyczuliśmy, że irlandzcy znajomi, do których przyjechaliśmy do Dublina, byliby bardzo rozczarowani, gdybyśmy tam nie poszli. Więc wstąpiliśmy tam w niedzielny poranek i wsiąkliśmy na dobrą godzinę. Oczywiście wiedzieliśmy już wcześniej, że Irlandia ma znanych i cenionych pisarzy, w tym czterech zdobywców literackiego Nobla, ale zgromadzenie w jednym miejscu książek, a także ciekawych pamiątek po autorach, robi ogromne wrażenie. W każdej gablocie można odkryć coś ciekawego: Na przykład pierwsze wydania „Podróży Guliwera” Jonathana Swifta i „Draculi” Brama Stokera, osobiste przybory do pisania Jamesa Joyce’a, pióro Bernarda Shawa, czy krzesło na którym siedział Georg Philipp Haendel, komponując oratorium „Mesjasz”.
Katedra 13.00
Choć nabożeństwo się już skończyło, to w liczącej sobie tysiąc lat katedrze, trwa właśnie koncert zespołu harfistów. Piękna, celtycka muzyka idealnie współgra z kamiennym, ale ciepłym wnętrzem, pełnym spokoju i zadumy. Po koncercie schodzimy do kościelnych krypt i tu niespodzianka! W średniowiecznych podziemiach mieści się urocza kawiarenka, a tuż obok, w szklanej gablocie wystawiono makabryczne znalezisko, które bulwersowało XIX-wieczny Dubin. Zmumifikowane zwłoki szczura i kota znaleziono podczs remontu organów. Przed wiekami kot zapędził się w pogoni za gryzoniem aż do niezbyt grubej organowej piszczałki. I zaklinował się, zamykając szczurowi drogę ucieczki. Oba zwierzaki zginęły, a po latach odkryto ich ciałka i wystawiono na widok publiczny.
W swojej ostatniej powieści, Finneganów tren, James Joyce wspominał kota z katedry zastygłego w wieczystym polowaniu. Opisując kogoś, kto jest w sytuacji bez wyjścia porównywał: "...As stuck as that cat to that mouse in that tube of that Christchurch organ..." Brrr... Zrobiło nam się nieswojo. Przed powrotem musimy jeszcze odwiedzić bar Strand na dworcu Connolly. Bo w Dublinie każda okazja jest dobra, by zamówić kolejną pintę Guinnessa.
