Ratrakiem do gospody
Na narty gondolą
Szkółka krowy Berty
Kryształowa Kostka
Przelot nad Alpami
Łosoś w Zirbenhutte
Strefa relaksu
Metrem na Apres Ski
Poranny spacer
Prawdziwe wyzwanie
Piątek. 18:30. Ratrakiem do gospody
Na miejsce do Ladis, małej wioski wysoko nad doliną Innu dojechaliśmy około siedemnastej. Zameldowaliśmy się w klimatycznym pensjonacie i zaniepokoił nas widok z okien pokoju stok. Czemu wyciąg stoi? Co? Po szesnastej już zamknięte? To co robić? I czemu pod hotelem gromadzą się narciarze? Dwa słowa wyjaśnienia i szybko wyciągnęliśmy swój sprzęt z bagażnika, a potem dołączyliśmy do wesołej, kolorowej gromadki. Po chwili podjechał dziwny pojazd – połączenie czołgu i autobusu na gąsienicach. Wsiedliśmy do środka, a gdy wehikuł ruszył, zorientowaliśmy się, że nie miał resorów. Rwał ostro w górę, a my rozpaczliwie trzymaliśmy się poręczy. Po dwóch kwadransach byliśmy na miejscu.
W górskiej gospodzie Weiber Kessl. Zabawa już trwała. Wodzirej akordeonista grał tyrolskie walczyki i jodłował. Ludzie – w większości miejscowi gospodarze i przewodnicy, kierowcy ratraków i panowie „wyciągowi”, śpiewali razem z nim i wybijając rytm na stołach kuflami piwa. Ktoś wskoczył na ławę w dzikim tańcu. Reszta biesiadników z ochotą się do niego dołączyła. W ostatniej chwili uratowałem przed zniszczeniem talerz pysznych gotowanych kiełbasek. Szybki posiłek i my także uderzyliśmy w tany.
Choć w butach narciarskich przytupuje się nieco ciężko. Ale co tam! Było świetnie. Dochodziła północ. Czas się zbierać. Założyliśmy narty i ładnie oświetlonym stokiem zjechaliśmy do hotelu. Pierwszy kontakt ze śniegiem zaliczony!
Sobota godz. 11.00. Na narty gondolą
Dobrze, że była sobota, a nie środa, bo pewno Magda chciałaby pojechać na "pierwszy ślad". Raz w tygodniu, za odpowiednią opłatą (55 euro razem ze śniadaniem) można wyruszyć kolejką linową na stok o 7:30. Na długo przed wszystkimi i mieć dla siebie całe świeżo wyratrakowane zbocze. Koneserzy uważają, że jazda po dziewiczym stoku to wrażenie mistyczne. Ale może bez przesady. I tak było dobrze, jak ruszyliśmy o dziesiątej. Gondolki wywiozły nas najpierw na pierwszy przystanek – Mittelstation Sonnenbahn na wysokości 1550 metrów. Wysiedliśmy, by przyjrzeć się szkółce narciarskiej, z której dumny jest cały Tyrol.
Godz. 11:30. Szkółka krowy Berty
Krowa Berta i świstak Murmli patronują szkółkom narciarskim w dolinie Serfaus-Fiss-Ladis. To właściwie jeden wielki koncern szkoleniowy, który ma patent na nauczanie. Obiecują w ciągu trzech dni sprawić, by każdy sprawny ruchowo czterolatek potrafił zjechać samodzielnie na nartach łatwą alpejską trasą. W sezonie uczy się tu 1400 dzieci dziennie.
Dzieciaki w kolorowych kombinezonach dokazywały na śniegu. Pomiędzy nimi instruktorzy (byli też Polacy i Słowacy). Najtrudniejsze, w nauce jazdy, zawsze jest nie samo zjeżdżanie, ale podjeżdżanie na wyciągu. Pamiętam jaka to była trauma w pierwszym okresie nauki – złapać przyczepiony do stalowej liny orczyk, przeżyć mocne szarpnięcie i ustać na nartach. A potem nie wywalić się blokując innym narciarzom drogę... Dzieciaki u Berty mają łatwiej: wyciąg, to po prostu taśmociąg w plastikowym tunelu, który osłania maluchy od wiatru.
Rodzice też mają luz. Przyprowadzają pociechy na dziewiątą i spokojnie idą na narty. Dzieci zostają pod dobrą opieką. Uczą się jeździć, zajadają się kiełbaskami. Starsze mogą pośmigać na snowboardzie w funparku i snowparku. A rodzice? Wspominałem już, że rodzice mają luz? No to kłamałem...
Godz. 12.00. Kryształowa Kostka
Wyjechaliśmy kolejką gondolową na niemal 2600 m n.p.m. na szczyt Zwölferkopf. Roztaczał się stąd niesamowity widok na całą dolinę. Można było dostrzec i docenić ogrom pracy, którą włożono, by przychylić nieba narciarzom. Znajduje się tu 70 wyciągów, z czego 40 to kolejki gondolowe. Narciarze mają do dyspozycji 212 kilometrów tras, a 75% (155 km) ma w razie czego sztuczne naśnieżanie. Zimą przyjeżdża tu półtora miliona gości. Ale tylko jeden procent z nich, to Polacy (Jarosław Kuźniar byłby tu szczęśliwy).
Żeby jeszcze bardziej uatrakcyjnić pobyt, pod szczytem Zwölferkopf wybudowano jeden z najbardziej niezwykłych obiektów, jakie widzieliśmy w górach – lustrzaną kostkę. Jesteśmy w Austrii, więc taka konstrukcja musi mieć praktyczne zastosowanie. I rzeczywiście, to mini-restauracja. Oczywiście trzeba wcześniej zamówić sobie stolik. W środku mieści się osiem osób. Mają widok na trzytysięczniki zamykające panoramę doliny. Z zewnątrz nikt nie zajrzy do środka – lustrzane ściany nie przepuszczają ciekawskich spojrzeń. To podobno idealne miejsce na romantyczne zaręczyny w alpejskim stylu. Zrobiło się nostalgicznie? No to wio! Prosto czerwoną trasą o wiele mówiącej nazwie „Kamikaze”.
Godz. 14.00. Przelot nad Alpami
Świeży, ale mocno ubity śnieg wesoło skrzypiał pod nartami. Nabraliśmy więc ochoty na figle. Zaciekawiła nas metalowa lina rozpięta nad doliną. To kolejna atrakcja? A jakże! W dole pod nami była druga miejscowość z „trójwsi” – Fiss. A do liny podczepia się czteroosobową lotnię. Sergiusz dał się skusić na „Fisser Flieger”. Wpiął się w uprząż i po chwili frunął czterdzieści metrów nad doliną z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę.
Mocne wrażenie, zdecydowanie nie polecane osobom z lękiem wysokości. Tuż obok była wielka huśtawka, wyglądająca surrealistycznie w śnieżnym, surowym, alpejskim krajobrazie. Spróbujemy? No... Tym razem Sergiusz nieco zbladł. Złe wspomnienia z dzieciństwa? Dobrze, spróbujemy innym razem. Wtedy już naprawdę zgłodnieliśmy...
Godz. 15.00 Łosoś w Zirbenhutte
Wjechaliśmy jeszcze raz na Zwölferkopf i trudną, stromą czerwoną trasą Adler Piste śmignęliśmy na drugą stronę góry, do gospody na 2100 m n.p.m.
Zirbenhutte, to karczma co się zowie. Można tu odpocząć i naprawdę solidnie zjeść. Zamówiliśmy Rosti mit gebeiztem Lachs und Sauerrahm-Schnittlauchdip. Trochę było przy tym zabawy, bo uznaliśmy, że już samo wypowiedzenie takiej zbitki spółgłosek spala co najmniej sto kalorii. A chodziło po prostu o ziemniaki z łososiem i kwaśną śmietaną.
Cena 13 euro nie należała do najniższych, ale pożywiły się tym swobodnie dwie osoby. Po obiedzie już z mniejszą ochotą ruszyliśmy na trasę. Zwłaszcza, że w jednej chwili słońce gdzieś się schowało, pogoda zaczęła się psuć i sypnął śnieg.
Godz. 16.00 Strefa relaksu
Pierwszy dzień na nartach zawsze jest trudny. Mięśnie protestują. Wszystkie błędy postawy się mszczą. Zanim przypomnimy sobie, by pochylać się podczas jazdy do przodu (naciskać na języki butów narciarskich), odpuszczamy i bolą nas łydki. Baliśmy się też, że zostaniemy gdzieś w jakiejś odległej dolinie i nie będziemy mogli wrócić do Ladis. Kierowaliśmy się więc w stronę „domu”. Po drodze zatrzymaliśmy się w jednej z 19 „stref relaksu”. Raczej po to, by zobaczyć „co ci Austriacy znowu wymyślili”, niż żeby skorzystać, bo śnieg sypał coraz mocniej.
„Strefa relaksu”, to ustawiona przy trasie, w ładnym widokowo miejscu, drewniana platforma z wyściełanymi poduszkami fotelami, hamakiem i leżanką. Wyobrażamy sobie, że przy słoneczku musi tu być super. Ale tymczasem wróciliśmy do hotelu.
Godz. 19.00 Metrem na Apres Ski
Bus dowiózł nas z Ladis, przez Fiss do Serfaus. Wysiedliśmy na parkingu przed miastem i zeszliśmy do... metra. Nie, to nie pomyłka. W Austrii kolejką podziemną szczycą się tylko dwie miejscowości – Wiedeń i Serfaus. Tą drugą wybudowano 25 lat temu z powodów ekologicznych.
Liczba turystów, którzy przyjeżdżali samochodami rosła wówczas w zastraszającym tempie. Postawiono więc wielki parking na obrzeżach wsi, a turystów do dolnej stacji kolejki górskiej, umieszczonej po drugiej stronie miejscowości, wożono autobusami. Sprawę rozwiązało to doraźnie, bo autobusy krążące w tę i z powrotem powodowały zagrożenie w ciasnych uliczkach. No i okropnie smrodziły. Transport zszedł więc pod ziemię.
Pojechaliśmy metrem aż do centrum wsi. Tam wysiedliśmy i wmieszaliśmy się w tłum śpiewający na ulicy nieśmiertelny przebój „Anton aus Tirol”. Z ulicznych kafejek dobiegał znajomy łomot tyrolskiego disco. (Kupiliśmy płytę DJ Otziego ale w Warszawie brzmiało to przaśnie i kiczowato. Za to w pogrążonej w zimowej nocy małej alpejskiej wiosce, smakowało wybornie).
Godz. 9.00 Poranny spacer
Zbudziliśmy się w naszym hotelu w Ladis i poczuliśmy, że zanim pójdziemy na narty, musimy się przespacerować i przewietrzyć głowy. Chyba poprzedniego wieczora wypiliśmy zbyt dużo przenicznego piwa. Albo to te disco…
Poszliśmy na spacer do centrum Ladis. Brzmi to dumnie, ale w wiosce, która ma trzy ulice na krzyż wszędzie jest blisko. Niesamowite wrażenie zrobił na nas barokowy kościół, a przy nim cmentarz, z którego roztacza się zjawiskowa panorama na Alpy i stojący nieopodal opuszczony trzynastowieczny zamek Burg Laudegg. Wolnym krokiem wróciliśmy do hotelu i po śniadaniu byliśmy gotowi zmierzyć się z najwyższą górą w okolicy – Masnerkopf.
Godz. 12.00. Prawdziwe wyzwanie
Aby dotrzeć do szczytu Masnerkopf wznoszącego się na 2828 m n.p.m. trzeba włożyć trochę wysiłku. Najpierw kolejką linową wjechać na szczyt Lazid – 2351, zjechać dwieście metrów i wsiąść do kolejki na Scheid (2424 m n.p.m.). Potem zjechać na drugą stronę doliny, wjechać na ostry, niczym Matterhorn szczyt Pezid (2770 m n.p.m.) i zjechać do doliny (2372 m n.p.m.) i dopiero tam znajdziemy wyciąg na Masnerkopf. Wszystkie trudy wynagradza widok z wierzchołka. Pod warunkiem, że cokolwiek widać. My zobaczyliśmy tylko mgłę i śnieg. Ale dzięki temu zjazd był jeszcze bardziej emocjonujący. A zjazd z prawie trzech tysięcy metrów do położonego półtora kilometra niżej Serfaus – to prawdziwy hardcore. Idealny na początek sezonu.
