12.00 Poznańskie koziołki
12.30 Obiad w Gospodzie pod koziołkami
15.00 Termy maltańskie
sobota
10.00 Muzeum Narodowe
13.00 CK Zamek
15.00 Obiad i piwo w Brovarii
17.00 Spacer po Ostrowie Tumskim
19.00 Lampka wina w najmniejszej restauracji w Polsce
niedziela
9.00 Spacer na Malcie
11.00 Palmiarnia
14.00 Restauracja Concordia Design
16.00 Jeżyce i Rogale Świętomarcińskie
piątek
12.00 Poznańskie koziołki
Jak w zegarku. Po nieco ponad dwóch godzinach komfortowej jazdy autostradą A2 za pięć dwunasta zatrzymaliśmy się w uliczce tuż koło poznańskiego rynku. I na szczęście niemal od razu znaleźliśmy miejsce do parkowania. Natychmiast ruszyliśmy biegiem w stronę ratusza. Zegar zaczął wybijać dwunastą dokładnie w chwili, kiedy zdyszani stanęliśmy i spojrzeliśmy w górę. Są! Poznańskie koziołki przywitały nas przepięknym ukłonem – dwanaście razy tryknęły rogami i z gracją schowały z powrotem do drzwiczek wieży zegarowej. Zastanawialiśmy się dlaczego w zasadzie koziołki są symbolem Poznania? Dziwne stwory z pogranicza baśni i legendy, jak warszawska Syrenka czy krakowski Smok Wawelski to wiadomo. Ale koziołki? Okazało się, że i one mają swoją legendę. Otóż nadworny kucharz miał przygotować wykwintną sarninę na ucztę wydaną z okazji zawieszenia nowego zegara na wieży ratuszowej. Ale, jak to zwykle bywa w sytuacji stresu i presji przed prestiżowym wydarzeniem, zjadły go nerwy i dziczyznę przypalił. Chcąc ratować honor, postanowił podać koźlinę, która miała udawać mięso sarny. Jednak przeznaczone na rzeź koziołki zobaczyły co się święci, wymknęły spod kuchennego noża i zbiegły na ratuszową wieżę. Mieszczanie, którzy zebrali się, by oglądać nowy zegar, dostrzegli nagle wysoko na gzymsie trykające się zwierzątka. Pełni podziwu dla sprytu koziołków uhonorowali je czyniąc z nich symbol Poznania. Tyle legenda. A fakty? Zegar wraz z „mechanizmem błazeńskim” czyli cieszącymi oczy ruchomymi figurkami zainstalowano w 1551 roku. Koziołki zniknęły w czasie zaborów, by powrócić niecałe 100 lat temu.
12.30 Obiad w Gospodzie pod koziołkami
Ale że koziołki i tak się wszystkim z Poznaniem kojarzą, nie musimy długo szukać ich śladów na poznańskim rynku. Na straganach – figurki sympatycznych rogaczy, koszulki i kubeczki z koziołkami. I oczywiście „Gospoda pod koziołkami”. Słyszeliśmy, że jeśli szukamy tradycyjnej poznańskiej kuchni, to znajdziemy ją tutaj. Wchodzimy. Chcieliśmy usiąść przy stoliku z widokiem na rynek, ale ubrana w strój renesansowej mieszczki kelnerka wskazała nam schody prowadzące na dół – Idźcie tam, nie pożałujecie. Schodzimy do wysoko sklepionych, gotyckich piwnic. Jak się okazuje – oryginalnych i pieczołowicie odrestaurowanych przez właścicieli lokalu. Poznań podczas drugiej wojny mocno ucierpiał (zniszczenia zabudowy Starego Miasta szacuje się na ok. 60-70%). Dlatego takie piwnice to prawdziwy rarytas. Do tego drewniane ławy, menu na pergaminie z pieczęcią lakową, kelnerzy podający tradycyjne, regionalne dania z dworską uprzejmością i w ciżemkach… Jedzenie – faktycznie doskonałe. Na początek spróbowaliśmy pyry z gzikiem czyli ciepłego ziemniaka podanego z aromatycznym twarożkiem z dodatkiem cebuli i czosnku.
Potem zamówiliśmy wyśmienite pierogi i specjalność lokalną czyli kaczkę z pyzami (które okazały się być knedlami na parze) i kapustą. Szkoda, że naczynia, na których podano nam obiad były zwykłymi talerzami, które można spotkać wszędzie, bo spodziewaliśmy się czegoś w stylu kamionkowych mis i glinianych garnków, które lepiej pasowałyby do stylizowanego wnętrza i ubranych w stroje z epoki kelnerów. Tak czy inaczej „pod koziołki” warto pójść spróbować tradycyjnej, poznańskiej kuchni.
15.00 Termy maltańskie
Po takim początku postanowiliśmy odpocząć i spalić trochę kalorii. Tylko gdzie? – Najlepiej na Malcie – usłyszeliśmy w informacji turystycznej. – No jasne, a jeszcze lepiej na Karaibach –mruknęliśmy pod nosem – ale potem zorientowaliśmy się, że to co w pierwszej chwili wzięliśmy za przejaw specyficznego wielkopolskiego humoru było w rzeczywistości życzliwą radą. Bo faktycznie, najlepsze tereny rekreacyjne są na poznańskiej Malcie – rozległy park, jezioro, sztuczny stok, kolejka wąskotorowa (tylko w sezonie). No i termy. Jedziemy. Żeby nie tracić czasu zameldowaliśmy się w hotelu Novotel sąsiadującym z kompleksem term i poszliśmy popływać.
Po prostu popływać to mało powiedziane, bo aquapark Termy Maltańskie to fantastyczny kompleks basenów, atrakcji wodnych (bicze, wodospady, jaccuzzi, rwący prąd a nawet fale). Do tego zjeżdżalnie. I to naprawdę niesamowite. Jedną z nich zjeżdża się na pontonie, druga – multimedialna – serwuje podczas zjazdu prawdziwą feerię kolorowych świateł. Ale najbardziej niesamowita jest zjeżdżalnia turbo. Wąska rura (80 cm średnicy) gwarantuje emocje jakie zapewne czuje pocisk wystrzeliwany z lufy karabinu. Cały aquapark to wymarzone miejsce na rodzinny wypoczynek, jednak jeśli chcecie relaksować się w saunie lub łaźni parowej, to wybierzcie się do Term Maltańskich sami. Z dzieckiem nie wolno wejść z nawet do pokoju wypoczynkowego w strefie saun.
sobota
10.00 Muzeum Narodowe
Z samego rana postanowiliśmy wybrać się do świątyni sztuki – Muzeum Narodowego w Poznaniu. Zachęciło nas to, że w kolekcji znajduje się jedyny w Polsce obraz Claude’a Moneta. Pierwsze wrażenie – ależ tu dużo miejsca! Nowoczesny budynek przylega do starego gmachu, do którego przejście wiedzie przez trzecie piętro. I warto tam właśnie zacząć. Bo na trzecim piętrze jest bajeczna kolekcja polskich obrazów z przełomu XIX i XX wieku. Może i nie ma tu Bitwy pod Grunwaldem – królowa polskiej sztuki jest tylko jedna! Ale za to zbiór obrazów Jacka Malczewskiego z cudowną "Melancholią" na czele to prawdziwy przegląd naszych narodowych traum. Poza Malczewskim mamy całkiem sporo Gierymskich, Kossaków, Chełmońskich, i udającego Matejkę Wojciecha Gersona. A z mistrzów XVIII wiecznych świetnego "warszawskiego" Canaletta i Bacciarellego.
Pokonujemy kilka stopni i łącznikiem przechodzimy do "starego" gmachu muzeum. W holu głównym słychać dźwięk młotów. Trwa remont. Ale w salach wciąż wszystko wisi, jak zwykle. Idziemy odwiedzić jedynego polskiego Claude’a Moneta – mała "Plaża w Pourville" z 1882 roku jest na honorowym miejscu. Przyspieszamy (trzeba patrzeć na zegarek, bo czas mija błyskawicznie), żeby obejrzeć Salę Hiszpańską z fascynującymi obrazami Diego Velazqueza. Zbiegamy do podziemi do Galerii Starożytnej i tu rozczarowanie. To raczej gabinet osobliwości niż muzeum. Można to sobie darować i zamiast tego zobaczyć fascynujące polskie XVII-wieczne portrety trumienne. To niezwykłe doświadczenie. Realistyczne portrety na cynowej blasze kładziono na trumnach podczas długich i skomplikowanych rytuałów pogrzebowych. Obok są obrazy religijne, ale kompletnie zaskakujące: na przykład ukrzyżowana kobieta, albo trójgłowy Jezus. Nic więcej nie powiemy, żeby nie zepsuć niespodzianki. W każdym razie nasi przodkowie kilkaset lat temu mieli naprawdę niezłą wyobraźnię…
13.00 CK Zamek
Postanowiliśmy się przejść poznańską ulicą Święty Marcin, która niedawno, 11 listopada, obchodziła hucznie swoje imieniny. Może nie tak hucznie jak Warszawa Święto Niepodległości, ale na pewno spokojniej. Przy reprezentacyjnej ulicy ciągną się secesyjne kamienice, pełno jest sklepów i restauracji. Zatrzymujemy się przy drogowskazie z napisem „Środek Poznania” i patrzymy na znaki wskazujące odległości do największych poznańskich atrakcji. Hmmm, jest nawet odległość do oddalonego o ponad 500 kilometrów Bambergu skąd pochodzili osadnicy sprowadzeni w XVIII wieku do zniszczonych i wyludnionych podpoznańskich wsi. Osadnicy szybko się spolonizowali, chodzili do polskich kościołów, ich dzieci uczyły się polskiego. Podczas germanizacji a potem represji II wojny światowej, deklarowali się jako Polacy (pomnik Bamberki można oglądać na tyłach budynku Ratusza).
A my dostrzegamy w perspektywie ulicy masywny kształt przypominający średniowieczną twierdzę. To mieszcząca dziś ">Centrum Kultury Zamek neogotycka budowla wybudowana dla cesarza Wilhelma II. Działa tu kino, odbywają się warsztaty, pokazy, wystawy, instalacje, koncerty – dofinansowywane przez miasto, a zatem bilety na naprawdę atrakcyjny repertuar są niedrogie i rozchodzą się na pniu. Zamek można zwiedzać – także w nietypowy sposób. W Mikołajki planowany jest nocny spacer z przewodnikiem.
15.00 Obiad i piwo w Brovarii
Mijane po drodze restauracje, z których dochodzą smakowite zapachy poznańskiej kuchni a do wejścia zachęcają szyldy „Wiaruchna, u nos wszystko świeżusieńkie! Można się nafutrować plyndzy do woli”. Nie do końca wiemy o co chodzi, ale czujemy w głębi duszy, że czas na przerwę w zwiedzaniu.
Kierujemy więc kroki do popularnej restauracji i małego browaru w jednym. Brovaria mieści się jak wiele fajnych miejsc w Poznaniu przy Rynku. W zasadzie mamy wrażenie, że cały weekend można by spędzić spacerując wokół niego między restauracjami, kawiarniami, zaglądając do Muzeum Miejskiego, usytuowanego w przepięknym budynku pałacu Górków Muzeum Archeologicznego czy fascynującego Muzeum Instrumentów, w którym Sergiusza zachwyca bogata kolekcja instrumentów smyczkowych (w których po ślimakach czy otworach rezonansowych potrafi rozpoznać czas i miejsce wykonania eksponatu) a Magdę, która niewiele z tego rozumie, cieszy to, że na wystawach czasowych eksponuje się takie rarytasy jak choćby Oscar zdobyty przez Jana A.P. Kaczmarka.
Do rzeczy. Brovaria zajmująca dwie kamienice, których historia sięga XV wieku, to bardzo popularny adres w Poznaniu. Na dobre jedzenie w porze lunchu przychodzą tu biznesmeni w średnim wieku, a wieczorem lokal staje się mekką młodzieży ceniącej dobrej jakości wytwarzane na miejscu piwa – pils, miodowe i pszeniczne. Musimy spróbować. Co do tego? Oczywiście golonka. Podana oczywiście z pyrami w formie puree i kapustą. Smakuje doskonale.
17.00 Spacer po Ostrowie Tumskim
Zmrok zapada tak szybko, że po późnym obiedzie idziemy w stronę Ostrowa Tumskiego w zapadającym zmroku. Okazuje się, że to doskonały moment na spacer, bo fasada poznańskiej Katedry przepięknie rozświetla się o zmierzchu. Iluminowana, potężna bryła kryje w sobie historię sięgającą samych początków chrześcijaństwa na ziemiach polskich. Ponad tysiąc lat temu, w 968 roku powstał tu pierwszy kościół i pierwsze biskupstwo w Polsce. W katedrze znajdują się monarsze krypty grobowe, prawdopodobne księcia Mieszka I i króla Bolesława Chrobrego.
Imponująca budowla (długa na 72 metry i szeroka na 36 metrów), ściany ma wylicowane zachowaną cegłą gotycką. Patroni Katedry, święci Piotr i Paweł są także patronami Poznania. Wracamy do domu przez most Biskupa Jordana – pierwszego biskupa polski. Na czerwonej kładce zakochani przypinają kłódki ze swoimi imionami. Na balustradzie srebrzą się ich setki. Uroczy zwyczaj. Ale nic dziwnego, bo widok stąd jest tak obłędnie romantyczny. Właściciele Wine Bridge, najmniejszej restauracji w Polsce, znajdującej się tuż przy moście Jordana korzystają z tej atmosfery, aranżując na moście romantyczne kolacje.
19.00 Najmniejsza restauracja w Polsce
Panoramiczne okno, szklane tafle rozpięte na kapitelach kolumn, 27 metrów kwadratowych powierzchni. To właśnie Vine Bridge – najmniejsza restauracja w Polsce. Pomysł na rekordowo mały lokal wziął się z tego, że restauracja jest na ulicy Ostrówek – niegdyś jedynej ulicy w najmniejszej miejscowości w Polsce (odchodzą od niej dwie najkrótsze w Poznaniu – zaledwie kilkudziesięciometrowe – ulice Świętego Jacka i Cybińska). Ale prawda jest taka, że lokal na restaurację był po prostu mniejszy niż niejedna kawalerka. I dzięki nawiązaniu do Ostrówka z defektu zrobiono zaletę. Ot, gospodarna Wielkopolska.
Latem można zarezerwować stolik ustawiony wprost na moście Jordana, z widokiem na prezbiterium Katedry. Kelner donosi posiłki, a goście mogą zamówić solistę lub zespół klasyczny czy jazzowy, który będzie grał podczas kolacji. Menu w restauracji bazuje na świeżych składnikach i zmienia się, a szef kuchni jest w stanie na poczekaniu i niemal na oczach gości (w najmniejszej restauracji w Polsce nic się nie ukryje) przygotować wymyślne potrawy. Od pomysłów aż kipi. Nic dziwnego, ten sam właściciel ma w Poznaniu jedyną w Polsce Dark Restaurant, gdzie robi się wszystko to, co w normalnej restauracji, tyle że w całkowitej ciemności.
niedziela
9.00 Spacer na Malcie
Z samego rana postanawiamy wykorzystać lokalizację naszego hotelu i ruszamy na spacer po Malcie. Z daleka widać jezioro. Nawet teraz, pod koniec listopada, na zbiorniku bielą się trzy żagle. Czyli sezon żeglarski jeszcze się nie skończył. Za to już niedługo rozpocznie się sezon narciarski, na sztucznym stoku nad brzegiem jeziora. Jesteśmy pod wrażeniem. Patrząc na biegaczy i rowerzystów nawet teraz, późną jesienią odwiedzających park, widać, że Malta żyje sportowym duchem.
11.00 Palmiarnia
Na początku myśleliśmy, że to nuda i po pięciu minutach wyjdziemy z tej rozrywki dla emerytów. Ale poznańska palmiarnia okazała się być super i wciągnęła nas bez reszty. Wśród tropikalnych roślin odnaleźliśmy kamień węgielny położony na początku lat dwutysięcznych w setną rocznicę powstania obiektu. Palmiarnia leży na obrzeżach parku Wilsona często wspominanego w Jeżycjadzie Małgorzaty Musierowicz (Magda zaczytywała się w niej jako nastolatka, ale nie jest w stanie sobie przypomnieć czy kiedykolwiek Gabrysia, Ida czy Aniela wybrały się z chłopakiem do palmiarni?). Chyba jednak nie. Zupełnie niesłusznie! Rozkoszne ciepło, wilgotność, ramiona sukulentów zastępujące drogę, różowiące się kwiaty orchidei i liście palm łagodnie muskające policzki sprawiły, że w środku listopada poczuliśmy się niesamowicie.
No, może trochę psują tę romantyczną atmosferę tropikalne karaluchy, które służą jako pokarm dla jaszczurów wyeksponowanych w terrariach, ale doskonale radzą sobie z wydostawaniem się na zewnątrz szklanych pudełek. Pan z obsługi uspokoił nas, że raczej ich ze sobą nie zabierzemy, a nawet jeśli, to w surowych warunkach polskiej zimy nie przeżyją długo. Zajrzeliśmy jeszcze do akwariów z egzotycznymi rybami , a po spacerze po dżungli poszliśmy na gorącą czekoladę do znajdującej się na terenie palmiarni kawiarni „7 kontynentów”. Usiedliśmy pod palmą, nad stolikiem wisiały gabloty z egzotycznymi chrząszczami i motylami. Spojrzeliśmy na zegarek. Cholera! Trzy godziny minęły naprawdę ekspresowo.
14.00 Restauracja Concordia Design
W dziesięć minut dojechaliśmy do ">Concordia Design – nowoczesnego centrum kreatywności, które jest we właściwym miejscu, tuż obok terenu Targów Poznańskich. Restauracja od razu nam się spodobała – przestronne, industrialne wnętrze wymalowane na biało, z dużymi makietami z fotografiami. Proste stoliki, designerskie krzesła. I menu. Które – jak zapewniają właściciele, zmienia się tak samo często jak wystrój. Więc za każdym razem, kiedy idzie się do restauracji, wygląda ona nieco inaczej i ma co innego w karcie. Super. No więc trochę bez sensu, żebyśmy opisywali, czego warto spróbować. My trafiliśmy na kuchnię tajską i dania były naprawdę znakomicie przyrządzone.
16.00 Jeżyce i Rogale Świętomarcińskie
Bardzo blisko od ronda Kaponiera, przy (jak wiedzą wszyscy fani książek Małgorzaty Musierowicz) Roosevelta 5 stoi dom Borejków – ciemnoszara kamienica z wykuszem i wieżyczką. Przed wyjazdem chcemy jeszcze kupić rogale świętomarcińskie. Normy unijne (tak, jak w przypadku oscypków) nałożyły na wytwórców ciasne ramy. Rogal musi mieć określoną wagę, skład (charakterystyczny biały mak, bakalie, ciasto półfrancuskie).
A zamiast masła – co ciekawe – margaryna. Tak czy inaczej przysmak nie jest tak łatwo dostać. Udało nam się dopiero w trzeciej cukierni. Ostatnie cztery. Tak zaopatrzeni wskoczyliśmy z powrotem na A2. Już za… w każdym razie bardzo szybko byliśmy w domu. Poznań jest naprawdę fajniejszy, bardziej przyjazny i bliższy niż nam się wydawało.
