piątek
Plac przed Ratuszem
Cafe Central
Altstadt Hotel
sobota
Cafe Demel
Pałac Schönbrunn
Krypty cesarskie
niedziela
Cafe Schwarzenberg
Trześniewski. Nasz człowiek w Wiedniu
piątek, godz. 16.00
Plac przed Ratuszem
To tu na początku Adwentu w 1294 roku stanęły pierwsze kramy, w których mieszkańcy miasta mogli kupić towary potrzebne przed nadchodzącym Bożym Narodzeniem. Z czasem idea przedświątecznych jarmarków rozprzestrzeniła się na wszystkie miasta i kraje, w których osiedlała się ludność niemiecka. Dziś Wiedeń szczyci się najstarszym na świecie jarmarkiem bożonarodzeniowym, a idea zakupów i dobrej zabawy, rodem z końca XIII wieku, jest tu z dumą podtrzymywana. Przywilej rozstawiania kramów jest ściśle reglamentowany. Nie zobaczymy „szczęk” z bazarową tandetą, czy na szybko rozłożonych stoisk z byle czym. Wszystkie kramy nawiązują do tradycji i są utrzymane w jednym stylu. Możemy na nich kupić rękodzieło – to ukłon w stronę rzemieślników, którzy na co dzień zajmują się rzadkimi profesjami. Są też stoiska z jedzeniem i piciem. Wiedeńczycy zjadają w czasie Adwentu kilka milionów kiełbasek i wypijają hektolitry grzanego wina z cukrem, cynamonem, goździkami i sokiem pomarańczowym. Z nad kotłów z „gluhweinem” unosi się ciężka od alkoholu, aromatyczna para, ale nie widzi się nigdzie pijanych. Choć do kultury życia należy wypicie codziennie kilku kubków „grzańca”, to wiedeńczycy wiedzą kiedy przestać, a na jarmarku czujemy się całkiem bezpiecznie.
godz. 18.00
Cafe Central
Idąc tropem tradycji Wiednia postanawiamy odwiedzić kolejną jego wizytówkę, legendarną kawiarnię Cafe Central. Ta najbardziej wiedeńska z wiedeńskich kawiarni, to raczej legenda niż zwyczajny lokal. Piękne, jak byśmy to w Polsce powiedzieli – „przedwojenne” wnętrze wypełnione szczelnie okrągłymi stolikami, wokół których skupiają się grupki japońskich turystów, albo zasiadają dostojne starsze panie z sąsiedztwa, które od lat wpadają tu na ulubioną kawę. Długo wybieramy z karty, nie mogąc zdecydować na jeden spośród kilkudziesięciu rodzajów kawy – od zwyczajnej małej czarnej podawanej na srebrnej tacce ze szklaneczką wody, po wymyślną Maria Theresa z likierem pomarańczowym czy Fiaker Kaffee z rumem. Kelner, który przed nami zebrał już zamówienia z dwóch innych stolików nawet nie wyciąga zza paska notesu, tylko bezbłędnie recytuje nasze zamówienie, kłania się lekko i niespiesznie oddala w stronę kuchni. Kelner w wiedeńskiej kawiarni czy restauracji to prestiżowy zawód, o długiej tradycji. Zwłaszcza w tak renomowanym lokalu, jak Cafe Central. Mówi się nawet, że im bardziej opryskliwy „Ober” tym lepszy lokal.
Rozglądamy się po gotycko sklepionym wnętrzu. Starsza pani z pieskiem na kolanach pochyla się nad płachtą dzisiejszego wydania Wiener Zeitung, dziennika wydawanego tu od ponad trzech wieków. Co chwila wgryza się w Apfelstrudla i popija jabłecznik w kruchym cieście białą kawą melange. Przy stoliku obok siedzą studentki nad kieliszkami Weiss Gespritz – białego wina z gazowaną wodą mineralną. Pod oknem mężczyzna w średnim wieku, zza okularów w grubych oprawkach wpatruje się w plik notatek leżący obok dawno wystygłej filiżanki kleine schwarze. Właśnie tak musieli wyglądać pisarze i artyści okresu belle epoque, dla których Central była nie tylko miejscem, w którym pili kawę i prowadzili dysputy, ale wielu z nich spędzało tu całe dnie. To tu Gustaw Klimt i Otto Wagner kłócili się z Egonem Schiele przekonując go o wyższości eleganckiej secesji nad „barbarzyńskim” ekspresjonizmem, a literat Peter Altenberg umieścił adres lokalu na swojej wizytówce. Do kawiarni przychodziła do nich korespondencja, przy kawiarnianych stolikach spotykali się z klientami. Z prostego powodu – nie stać ich było na ogrzewanie lichych, wynajmowanych pokoików na poddaszu, więc całe dnie spędzali w ciepłym wnętrzu kawiarni, w których do dziś niepisana zasada pozwala siedzieć nad jedną filiżanką kawy przez dowolnie długi czas.
godz. 20.00
Altstadt Hotel
Altstadt jest położony pięć minut spacerkiem od MuseumsQuartier – wiedeńskiej dzielnicy muzeów, kwadrans idzie się do Hofburga, przecinając po drodze reprezentacyjną Ringstrasse. Pięć minut jest stąd także na Mariahilfer Strasse – największą ulicę handlową. W końcu mieszkamy sercu wiedeńskiej „siódemki”, Spittelbergu – dziś modnej dzielnicy artystycznej, a zanim powstał wiedeński Ring dzielnicy czerwonych latarni. Nawet koronowane głowy wypuszczały się tu z cesarskiego Hofburga, by skorzystać ze słynnych domów uciech, choć nie zawsze kończyło się to dobrze. Z jednego z domów publicznych wyrzucono kiedyś nawet cesarza Józefa II (o czym zaświadcza słowami „Durch dieses Tor im Bogen ist Kaiser Josef II geflogen, 1778” tabliczka w jednym z budynków przy Gutenberggasse). Dziś na parterach zabytkowych kamienic mieszczą się już tylko modne restauracje (m.in. Das Mobel, w której oprócz dań z karty można kupić także każdy element wystroju restauracji, więc za każdym razem wygląda ona nieco inaczej), antykwariaty i galerie sztuki. Każdy z 45 apartamentów w hotelu jest zaprojektowany w unikalny sposób przez jednego ze znanych austriackich artystów i dekoratorów wnętrz – Matteo Thuna czy projektantkę mody Lenę Hoschek. A że lokalizacja zobowiązuje nie zdziwiło nas, że wystrój niektórych apartamentów jest dedykowany słynnej wiedeńskiej kurtyzanie, Josephine Mutzenbacher, bohaterce niezwykle poczytnych pamiętników erotycznych z początku XX wieku.
W hotelu obowiązuje dobry, wiedeński zwyczaj, by przy śniadaniu do szynek szwarcwaldzkich, słodkich bułeczek, jajecznicy i kiełbasek wypić kieliszek wina musującego. Bardzo nam się podoba ta tradycja. Do iście królewskiego śniadania w Altstadt Hotel wszyscy piją po kieliszku prosecco i w doskonałych nastrojach ruszają zwiedzać cesarski Wiedeń. Codziennie o szesnastej goście gromadzą się w saloniku z kominkiem, gdzie podawana jest gorąca herbata i domowe ciasto – wszystko w cenie pokoju.
sobota, godz. 10.00
Cafe Demel – ulubione słodkości cesarzowej Sisi
Już od świtu nad kamienicą pod numerem 14 przy głównym deptaku miasta, reprezentacyjnym Kohlmarkcie, tuż przy bramie prowadzącej do Hofburga – dawnej cesarskiej rezydencji, unosi się zapach świeżego ciasta i gorącej czekolady. To znak, że cukiernicy z Demel K&K Hofzuckerbäckerei (czyli Nadwornej Cukierni Cesarskiej i Królewskiej Demel) szykują słodkości, które dziś będą czarować podniebienia wiedeńczyków i turystów z całego świata. Torty wprawnym ruchem wkładane są do ozdobnych pudełek, a cukierki i ciastka wędrują do szklanych witryn. I tak samo jest co rano, od ponad 200 lat. Do eleganckiego świata cesarskiej cukierni, o przytulnym wnętrzu wykładanym czekoladową boazerią prowadzą kryształowo-szklane drzwi. Takie same otwierała 150 lat temu lat temu cesarzowa Sisi, która wpadała tu wprost z Hofburga po zapas swoich ulubionych słodyczy – kandyzowanych fiołków. Cesarzowa znana z obsesyjnego dbania o wygląd i stosowania ścisłych diet dla zachowania idealnej figury, pozwalała sobie tylko na te wykwintne słodkości. Dziś także można je dostać w sklepiku przy słynnej cukierni. My też oczywiście kupujemy, bo natychmiast chcemy spróbować przysmaku słynnej cesarzowej, nazywanej w swoich czasach najpiękniejszą i najbardziej fascynującą kobietą na świecie. Biorę do ust kandyzowany fiołek – aromatyczny, nieco ostry smak zatopiony w cieniutkiej warstewce lukru, i myślę o Sisi. Ukochana królowa Węgier, choć obdarzona przez męża, cesarza Franciszka Józefa miłością, nie była rozumiana w surowym Wiedniu. Zdystansowana wobec dworu, całe dnie spędzała na przejażdżkach konnych i polowaniach. Obsesyjnie dbała o wagę, często prowadziła głodówki i intensywnie uprawiała sporty, dzięki czemu przy wzroście ponad 170 centymetrów ważyła niecałe 50 kilogramów. Legendarne stały się jej kilkugodzinne poranne toalety – cesarzowa codziennie wstawała o piątej nad ranem i godzinami układała długie włosy, skrapiała się perfumami i ściskała gorsetem pobierając przy tym nauki języków.
godz. 13.00
Pałac Schönbrunn
Barokowy pałac powstał mniej więcej w tym samym czasie, co Wersal, ale panuje w nim zupełnie inny klimat. Większość 1441 pokoi zajmowała rozbudowana administracja. Sypialnię cesarza niemal przeoczyliśmy. Wyglądała jak cela więzienia o zaostrzonym rygorze. Krótkie, żelazne łóżko (Franciszek Józef sypiał na siedząco), prosta szafka z miską do mycia. Obok maleńki “Wasser Klozet”. Już większe wrażenie robi przylegający do cesarskiego “apartamentu” przedpokój. Przy wielkim stole bilardowym relaksowali się adiutanci, oczekując na rozkazy szefa. Za cesarską sypialnią znajdowały się prywatne pokoje cesarzowej Sisi. Z fotografii spogląda na nas szczupła, smutna kobieta z niezwykle długimi włosami. Sisi, czyli Elżbieta Bawarska przez większość swojego 60-letniego życia cierpiała na depresję. W wieku 31 lat przestała się fotografować, bo nie mogła znieść oznak upływu czasu. Jej namiętnością były włosy. Długie, do pół łydki. Dwórki raz w miesiącu je myły, a trwało to wówczas cały dzień.
Korytarz oświetlony kryształowymi żyrandolami z żarówkami zręcznie imitującymi chybotliwy płomień świecy, prowadzi do apartamentów zajmowanych przez cesarza Leopolda II i Franciszka II, a dalej, do pokoi cesarzowej Marii Teresy. Zastanawiamy się, czy eleganckie, rokokowe serwantki, szezlongi i biblioteczki stały w tym samym miejscu, gdy w Schönbrunn koncertował Wolfgang Amadeusz Mozart? Albo czy to w tym saloniku cesarzowa Maria Teresa zapłakała, podpisując akt I rozbioru Polski? Patrzę na portrety Austriaczki i jakoś nie chce mi się wierzyć w powtarzaną przez biografów legendę o chwili słabości tej dumnej, twardej kobiety.
Po abdykacji cesarza Karola I w 1918 roku, Austria stała się republiką, a cesarski pałac udostępniono zwiedzającym. Muzeum jest czynne codziennie, przez 365 dni w roku. Również w Boże Narodzenie, Nowy Rok, czy w święta państwowe, tak jakby obawiano się, że któryś z licznych habsburskich książąt może pod nieobecność turystów, wprowadzić się do rezydencji przodków, znacjonalizowanej na mocy ustawy parlamentu.
godz. 17.00
Krypty cesarskie
Idąc dalej śladami pięknej Sisi trafiamy do krypt cesarskich. W podziemiach kościoła kapucynów spoczywają w ozdobnych sarkofagach trumny cesarskiej rodziny. Barokowe i rokokowe „limuzyny”, takie jak olśniewający sarkofag Marii Teresy, sąsiadują ze skromnymi surowymi granitowymi skrzyniami Franciszka Józefa i jego syna – Karola, który zmarł w aurze świętości. Przechodzimy szybko wzdłuż alejki z metalowymi i marmurowymi trumnami, by dojść do Franza Josefa. Sergiusz, który po trzynastu latach dzieciństwa spędzonego w Galicji w duchu wciąż czuje się spadkobiercą tradycji cesarsko-królewskiej, duma nad przepasanym szarfą grobowcem cesarza. Magda spogląda na prosty grób cesarzowej Sisi. Nie zaznała szczęścia – mąż, który szczycił się tym, że nigdy nie przeczytał żadnej książki, zajmował się sprawami państwa i wojska. Dwoje dzieci zmarło za jej życia. W końcu sama, wybierając samotne przechadzki i unikając królewskiej ochrony, została zamordowana w Genewie. Jej ciało spoczywa w zgrabnym, skromnym sarkofagu, obok męża i ukochanego syna Rudolfa, który zastrzelił się w zameczku Mayerling.
niedziela, godz. 12.00
Cafe Schwarzenberg – kawa z muzyką
Niedzielne popołudnie postanawiamy spędzić jak rasowi wiedeńczycy. Od progu słyszymy muzykę. Dopiero teraz zdajemy sobie sprawę, że w dotychczasowych wiedeńskich kawiarniach witała nas cisza. Nigdzie nie grało radio, a jedynie był miły gwar rozmów, brzęk sztućców i syk ekspresu do kawy. Tu grają skrzypce z towarzyszeniem fortepianu. Dida i Ernst – starsze małżeństwo. Ona – pianistka, puszysta pani z rudą trwałą i on – skrzypek, maleńki, ale za to z wąsem. Siadamy, by posłuchać cygańskiego czardasza i rozglądamy się wokół. Kawiarnia Schwarzeberg powstała w 1861 roku, ale na jej wystroju bardziej odcisnęła się nowsza historia. W 1945 roku stacjonowali to radzieccy oficerowie, którzy urządzali sobie, godne Kmicica i jego zgrai, zabawy. Po pijanemu strzelali do szacownych portretów i luster. Dziś dziury po kulach ozdobiono tak, by wyglądały jak element wystroju.
Zgłodnieliśmy. Ale co można zjeść w kawiarni? Ciastka?
Nic podobnego. Starsza pani przy stoliku tuż obok muzyków (jak nam zdradził kelner, przychodzi tu o dziewiętnastej codziennie od czterdziestu lat i piekli się okropnie, jak ktoś zajmie jej ulubione miejsce) zajada się tafelspitzem – gotowaną wołowiną z bio-hodowli (19 euro). Bo wiedeńska kawiarnia, to także restauracja. Zamawiamy więc sznycla po wiedeńsku (20 euro) – wykrojonego z najlepszego kawałka cielęciny, rozbitego za pomocą pięści kuchcika i usmażonego na prawdziwym maśle. A na deser Kaiserschmarrn (7,60 euro) – skrawki ciasta posypane cukrem pudrem i polane konfiturą, które zrozpaczony nadworny kucharz podał cesarzowi, gdy nie udał mu się omlet, a nie miał już w spiżarni więcej jajek. Tak powstał ulubiony deser Franciszka Józefa. Kelner oddala się po przyjęciu zamówienie i nagle... zaczyna śpiewać pięknym, czystym tenorem. Dołącza się do skrzypka i pianistki i wspólnie wykonują chwytającą za serce, cygańską pieśń. Starsza pani, znad swojego talerza posyła kelnerowi całusa.
godz. 16.00
Trześniewski. Nasz człowiek w Wiedniu
Piętnastominutowy spacer w zapadającym zmierzchu dzieli nas od samego centrum turystycznego Wiednia – placu Św. Szczepana. W pobliżu jest jeden z kilku domów, w których mieszkał Wolfgang Amadeusz Mozart, ale przede wszystkim dominuje nad rynkiem piękna, ogromna, mroczna Katedra św. Szczepana. Zanim wejdziemy do środka, warto ją obejść, by obejrzeć fantastyczne gotyckie stwory, zdobiące dach i ściany budowli. Efekt niezwykłej wyobraźni średniowiecznych mistrzów murarskich – wędrującej po całej Europie Zachodniej grupy budowniczych katedr. Byli kosmopolitami i przekazywali z pokolenia na pokolenie niezwykłą wiedzę matematyczną, dzięki której w trzynastym i czternastym wieku powstały budowle, które zachwycają nas do dziś.
Zrobiło się naprawdę zimno, więc wpadamy do pobliskiego baru przekąskowego, słynnego „Trześniewskiego” przy Dorotheergasse. Nasz rodak, o niewymawialnym dla miejscowych smakoszy nazwisku, dokonał ponad sto lat temu rewolucji: sprawił, że nad Dunajem rozsmakowano się w prostych, małych kanapeczkach z pastą jajeczną, a jego nazwisko stało się synonimem szybkiej przegryzki. Kanapka Trześniewskiego do dziś wygląda tak samo – kromka razowca i drobno posiekane jajko na twardo. Smakuje, jak w szkolnym bufecie, ale podana razem z maleńkim „Pfiffem”, czyli kufelkiem piwa o pojemności 0,2 l, pozwala nabrać sił przed dalszym zwiedzaniem cesarskiego Wiednia.
