Stary Smokovec – wjazd na Hrebienok
Kawiarnia w Grand Hotel Smokovec
sobota
Wjazd na Łomnicę
Muzeum narciarstwa
Jazda na nartach – ośrodek Tatrzańska Łomnica
Hotel Grand Praha
niedziela
Narty – ośrodek Szczyrbskie pleso
Wjazd na punkt widokowy na Solisku
piątek godz. 15.00
Stary Smokovec. Hrebienok
Najstarsza kolejka linowa w Tatrach prezentuje się całkiem okazale. Może dlatego, że oprócz tej samej trasy, nic nie przypomina tamtych wagoników bez szyb, wciąganych na przepiękny punkt widokowy nad Smokovcem w 1908 roku. Nowoczesna kolejka kojarzy się dziś ze swoją siostrą wyjeżdżającą z Zakopanego na Gubałówkę. I słusznie. Wykorzystana jest w końcu ta sama technologia. Z Gubałówki jest rewelacyjna panorama Tatr. Ale i z Hrebienoka są wspaniałe widoki – na Łomnicę i Sławkowski Szczyt. A w ostatnich dniach stanęła tam piękna lodowa kaplica utrzymana w gotyckim stylu. Projektant, a zarazem główny budowniczy spieszył się, bo miał wziąć w niej ślub. Lód sprowadzono aż z Wrocławia, co wydaje się dziwaczne, bo w Tatrach o tej porze roku nie powinno go brakować. Ale jak na nam wytłumaczono, do rzeźbienia używa się mieszanki specjalistycznej, która powstać może jedynie w fabryce. No i dobrze. Lodowa kaplica z wrocławskiego lodu będzie tu stała do wiosny.
godz. 18.00
Kawiarnia Grand Hotel Smokovec
Kilka kroków wgłąb sali i przenosimy się do czasów Belle Epoque. Czas tu stanął, mniej więcej tuż przed wybuchem Pierwszej Wojny Światowej. W bawialni panuje nastrojowy klimat, jest dyskretny półmrok i wygodne głębokie fotele. Na szczęście nie ma już aromatu cygar – w końcu jesteśmy w XXI wieku w Unii Europejskiej, ale za to podają doskonałą, tradycyjną kawę po wiedeńsku.
Zamawiamy jeszcze po kawałku tortu Sachera (tutejszej specjalności) i czujemy się jak książę saski Fryderyk August, który miał zwyczaj zatrzymywać się tu wraz z rodziną dla podratowania zdrowia świeżym górskim powietrzem. „Grand” w Smokovcu nie dość, że jest najstarszym działającym nieprzerwanie hotelem pod Tatrami, to jeszcze szczyci się tym, że w swojej liczącej 110 lat historii nie był zamknięty ani przez jeden dzień. Kawa jest tu rzeczywiście doskonała. Ale tort Sachera trzeba naprawdę lubić. A my niespecjalnie przepadamy za czekoladowym ciastem przekładanym morelową marmoladą, więc dla porządku próbujemy (bo przecież TU trzeba go skosztować), porzucamy przepiękne wnętrza w kolorze ciemnej czekolady i ruszamy dalej.
sobota godz. 10.00
Wjazd na Łomnicę (2634)
Mały czerwony wagonik wyjeżdża ze stacji pośredniej Skalnaté Pleso i za chwilę jest już tylko małym znikającym punkcikiem na tle potężnych granitowych skał. Kolejka nadziemna na Łomnicę, która dojeżdża na drugi co do wielkości szczyt w Tatrach Wysokich w 8 minut, ma tylko dwa punkty oparcia – dolną i górną stację.
Zawieszony na stalowej linie wagonik jest jak zabawka wielkości pudełka od zapałek w rękach olbrzyma. Czujemy się trochę nieswojo wsiadając do niej, ale trudno. Jedziemy. Widoki zapierają dech w piersiach, a nasi współpasażerowie na przemian cykają zdjęcia i wykrzykują „ooooooo!”. Bardzo szybko zbliżamy się do wielkiej skalnej ściany, przy której kolejka porusza się już niemal pionowo. Wreszcie dojeżdżamy na górę i czujemy się trochę stabilniej. Jeszcze trochę w górę po schodach i docieramy do Ambasady Słońca – szczyt Łomnicy to jak się okazuje jedno z najbardziej słonecznych, naładowanych dobrą energią miejsc. W kawiarni zamawiamy herbatę i wychodziny na taras. Teraz my mówimy: „ooooooo!” i łapemy za aparaty wprawnym chwytem japońskiego turysty. Ten widok wart jest znacznie więcej niż te 24 euro, które kosztuje wjazd na Łomnicę (2634). Taras widokowy biegnie wokół budynku i kratownicowym pomostem prowadzi dalej, w stronę ciągnących się daleko po horyzont ostrych szczytów. Widać najwyższą górę Tatr – Gerlach (2655) a nawet swojskie Rysy (2503, po polskiej stronie 2499), choć z tej perspektywy trudno je rozpoznać, bo wyglądają zupełnie inaczej niż z "naszej" strony. Wracamy do środka i ciekawie zaglądamy do pokojów poniżej poziomu kawiarni. To apartamenty w których można spędzić noc najwyżej w Tatrach a podobno także i w Europie. Za tę przyjemność trzeba zapłacić 540 euro (z wjazdem, kolacją i śniadaniem), ale jak mówią ci którzy tu nocowali, oglądanie gwiazd na krystalicznie czystym niebie przez teleskop w pokoju i podziwianie wschodu słońca na tarasie wśród skanych szczytów jest tej ceny warte.
godz. 13.00
Muzeum narciarstwa
W drodze do miasteczka zatrzymaliśmy się obok budynku, na którym dostrzegliśmy tabliczkę z napisem „Muzeum narciarstwa”. Uff, baliśmy się, że w tatrzańskim kurorcie czekają nas tylko szaleństwa na stoku i rozkosze apres ski, ale nie – jest i muzeum: cisza, filcowe kapcie, nie dotykać eksponatów i tym podobne atrakcje. Jak się okazało nie do końca, bo muzeum narciarstwa jest nowe i prowadzone bardzo nowocześnie. To prywatna inicjatywa pasjonata, który zebrał kilkaset eksponatów – dziesiątki rodzajów nart (od takich pochodzących z XIX wieku), ciężkie, wyglądające jak groźna broń pancerna z czasów II wojny światowej bobsleje z początku XX wieku, kije do hokeja które wyglądają jak kostur, śnieżne rakiety.
Magdę zafascynowały narty, na które zakładano „foki”, czyli pokrowce z foczych skór umożliwiające podchodzenie pod górę. Włos foki układa się w jedną stronę, dzięki czemu narta wytrzymywała ciężar podchodzącego w górę po śniegu człowieka. Sergiuszowi spodobały się wiązania, jakie pamiętał z „kaloszówek”, na których jeździł w dzieciństwie. Ucięliśmy sobie pogawędkę z właścicielem – my po polsku, on po słowacku – o jego pasji. Okazuje się, że eksponaty zbierał przez dwadzieścia lat, zarówno od okoliczych mieszkańców, jak i na pchlich targach i aukcjach w internecie. Najcenniejsze są pancerne bobsleje i długie na ponad trzy metry norweskie narty z końca XIX wieku. – Te dwie deski kosztowały tyle co niezły samochód – zdradza nam właściciel.
godz. 14.00
Narty w Tatrzańskiej Łomnicy
Tatry są największym łańcuchem górskim w Polsce i na Słowacji, a jednocześnie jednym z najmniejszych na świecie. Może ten kameralny klimat sprawia, że Słowacy lepiej niż my radzą sobie we wspólnym działaniu. W regionie Vysoke Tatry ośrodki współpracują ze sobą (wspólne promocje i karty rabatowe, jeden karnet, na dwa dni kosztuje 48 euro, w przedsprzedaży internetowej na stronie regionu Vysoke Tatry, 43 euro). Ośrodek narciarski Tatrzańska Łomnica ma 11 tras zjazdowych o różnym stopniu trudności, przewyższenie 1300 metrów, 6,5 kilometrową trasę carvingową o szerokości 60 metrów, ale także czarne alpejskie trasy – najwyżej położoną i najbardziej stromą trasę zjazdową na Słowacji, na którą z naszej dwójki odważy się wejść tylko wychowany w Zakopanem Sergiusz.
W tym roku hitem jest nowoczesna, piętnastoosobowa gondolka na pośrednią stację Skalnaté Pleso. W 2010 roku ośrodek szczycił się nowym modelem wyciągu 6-osobowego z pomarańczowymi osłonami i podgrzewanymi siedzeniami, bardziej odpornym na wiatr i warunki atmosferyczne. Ale i tak największe emocje budzi kolejka na Łomnicki Szczyt, którą jechaliśmy dziś rano. W przerwach jazdy na nartach można odpocząć w którejś z restauracji w stylu alpejskim – Skalnaté pleso na wysokości 1751 m, Pizza&Pasta Štart na 1145 i Après Ski Bar Tatranská Lomnica przy dolnej stacji wyciągu na wysokości 850 m. Ale nam szkoda czasu (wyciągi działają tylko do zmierzchu a trasy nie są oświetlane) więc podziwiając piękne widoki i testując jeszcze wąskie (początek sezonu), ale już dobrze przygotowane trasy jeździmy do oporu, póki nie zajdzie słońce.
godz. 18.00
Grandhotel Praha
W czasach studenckich mieszkaliśmy na kwaterach w pobliskiej Novej Lesnej, tanim zapleczu turystycznym Tatrzańskiej Łomnicy i Starego Smokovca. Teraz chcieliśmy czegoś kompletnie innego. Dlatego naszą uwagę przyciągnął stojący na wzgórzu na wysokości 908 metrów, u podnóża potężnej Łomnicy Grandhotel Praha. To najbardziej prestiżowy hotel w Tatrach, zbudowany w 1905 roku.
Pamięta czasy Austro-Węgier, kiedy Wysokie Tatry były nie tylko ośrodkiem zdrowotno-rekreacyjnym. Miały także stać się miejscem spotkań europejskiej arystokracji i socjety. Właśnie z tego powodu, przed stu laty w Tatrach powstały luksusowe hotele. Obok Grandu na początku XX wieku wybudowano tory saneczkowe i bobslejowe oraz urządzenia do sportów letnich. Hotel jest żywą legendą pośród słowackich gór i czujemy to wyraźnie, jak tylko wchodzimy do wnętrza w stylu Belle Epoque. Czuć tu ducha przeszłości i wielkich postaci, które przeszły przez elegancki dwupiętrowy hall. Mieszkali tu politycy, przedsiębiorcy, artyści i sportowcy, jak pierwsza mistrzyni olimpijska w jeździe figurowej na lodzie Sonja Henie, prezydent Masaryk czy kompozytor Béla Bártok. Ale nam szczególnie podoba się przestronna, dwupiętrowa strefa welness SPA z kilkoma rodzajami saun i zewnętrznym basenem termalnym, w którym kąpiemy się w połowie grudnia patrząc na podobno najpiękniejsze widoki w Tatrach. To idealny koniec dnia po nartach.
No nie, jeszcze kolacja. Wpada nam w oko menu, w którym obok dań proponowanych przez szefa kuchni na dziś (co wieczór można wybierać spośród trzech propozycji) jest wydrukowana aktualna pogoda na szczycie Łomnicy. Zamawiamy bryndzove haluszki i pieczony ser camembert z żurawiną. Do tego dobre słowackie wino i wreszcie możemy iść spać, zbierać siły na kolejny dzień po alpejskiej stronie Tatr.
Niedziela godz. 10.00
Szczyrbskie Jezioro
Choć nad tym wysokogórskim (1315 m n.p.m.) kurortem dominuje duża skocznia narciarska, to czasy, gdy rozgrywano tu puchary świata w skokach narciarskich, minęły. Ale za to Szczyrbskie Jezioro od lat dwudziestych jest wiodącym słowackim ośrodkiem narciarskim. Tu tradycyjnie Słowacy zaczynają sezon zjazdów, działają trasy biegowe. A na zamarzniętej tafli jeziora rozgrywano niegdyś mecze hokejowe.
Zakładamy narty i ruszamy! W porównaniu z Tatrzańską Łomnicą widać, że Szczyrbskie Jezioro ma znacznie starszą narciarską infrastrukturę. Wyciągi krzesełkowe i orczyki działają sprawnie, ale są mniej komfortowe. Za to śnieg jest genialnie przygotowany i przyjemność z jazdy rekompensuje z nawiązką wszelkie niedogodności. Szeroki zjazd z krótkiego ale za to stromego wzgórza nad skocznią (wjazd wyciągiem krzesełkowym), świetnie pozwala poczuć klimat tego miejsca. A w dodatku mamy cały czas super widok na góry. Wyciąg orczykowy, jest – o dziwo – znacznie dłuższy od „krzesełka” i wiedzie przez malowniczy, ośnieżony las. A zjazd daje spore emocje. Śnieg skrzypi pod nartami. Jest cudownie. Chciałoby się jednak wyjechać wyżej. Można?
Godz. 13.00
Schronisko pod Soliskiem
Długim wyciągiem krzesełkowym wyjeżdżamy pod szczyt Soliska, wznoszący się pół kilometra nad Szczyrbskim Jeziorem. Po drodze trochę marzniemy – wiatr huśta liną. Ale to nic… Z góry widzimy całe połacie wystających spod śniegu pni. To efekt huraganu, który w 2004 roku ogołocił całą południową stronę Tatr z drzew. To musiał być niewyobrażalny żywioł. W dwadzieścia minut tysiące drzew runęło, a potem całymi miesiącami cięto je i wywożono, żeby zapobiec katastrofie ekologicznej. Wyciąg krzesełkowy sunie do góry, a my podziwiamy widoki i… zaczynamy się martwić o śnieg. Bo im jesteśmy wyżej, tym jest go mniej. W hotelu coś nam mówiono o tym, że w Tatrach jest teraz „inwersja”. Wyżej jest cieplej niż w dolinach, choć tego się nie czuje, bo za to mocniej wieje. Ale wiatr zwiewa resztki śniegu i warunki narciarskie póki co – w połowie grudnia – są takie sobie. I już widzimy jasno, że z Soliska musimy wrócić tak jak tu dotarliśmy – wyciągiem krzesełkowym. Nie zjedziemy najstarszą i przez wiele lat najdłuższą nartostradą na Słowacji, działającą od 1942 roku.
Za to widok z Soliska jest świetny. Patrzymy na morze mgieł u naszych stóp, niebieskie niebo nad nami i skaliste granitowe turnie wokół. W schronisku wypijamy gorącą herbatę z sokiem malinowym i podziwiamy narciarzy, którzy wędrują z deskami przytroczonymi do plecaków i idą eksplorować ośnieżone, ale ekstremalnie niebezpieczne żleby w wysokich partiach Tatr. To wymaga nie lada odwagi i umiejętności. Może kiedyś się skusimy, ale teraz wracamy na niziny…
