Hotel Dziubas
Sobota
Kotelnica
Karczma na stoku
Janukalowski Wierch
Termy Białka
Niedziela
Zamek Niedzica
Karczma Hajduk
Piątek, godz. 18.00
Pensjonat Dziubas
Do Białki Tatrzańskiej dojeżdżamy już po zmroku, ale kiedy na wzgórzu widzimy oświetloną, szeroką wstęgę stoku na Kotelnicy od razu jest nam raźniej. Miejscowość jest bardzo długa, jak to w górach rozciągnięta wzdłuż jednej głównej ulicy, przy której jeden za drugim stoją szyldy apartamentów, willi i pokojów gościnnych. Na szczęście tabliczkę z naszym hotelem dostrzegamy tuż przed samym skrętem do stacji narciarskiej, więc już wiemy, że na stok będziemy mogli chodzić niemalże w kapciach. I faktycznie, pensjonat o wdzięcznej nazwie Dziubas jest 200 metrów od ośrodka narciarskiego. Willa jest stylu, który wychowany w Zakopanem Sergiusz trafnie i z przekąsem określił „neozakopiańskim”, będącym późniejszą o 100 lat luźną wariacją na temat architektonicznej rewolucji, którą pod Tatrami pod koniec XIX wieku tworzył Stanisław Witkiewicz. Mnie się jednak bardzo spodobał, bo jako rasowa ceperka zachwycam się każdym domem z góralskim wzorem, oscypkami choćby i z krowiego mleka i wszelkimi przedmiotami z góralską dekoracją (na straganach w Białce nie brakuje gadżetów dla takich jak ja – wypatrzyłam na przykład świetne skórzane etui na smartphone’a z podhalańskimi motywami). Nasz pokój może i był prosto urządzony, ale za to miał balkon (dla nas nieszczęśliwie w warszawskim bloku nieposiadających balkonu to wielki atut) z widokiem na góry. Ale najlepsze ze wszystkiego i tak było śniadanie – w przestronnej jadalni urządzonej w drewnie domowe, podhalańskie przysmaki dawały nam przedsmak udanego weekendu w górach.
Sobota, godz. 10.00
Kotelnica
Iść na piechotę, czy podjechać samochodem? Narty zostały w bagażniku, więc jednak auto. Zima nas nie rozpieszcza, podjeżdżając pod stok mieliśmy obawy, czy w ogóle da się jeździć. Ale na szczęście już z daleka widać, że trzy wyciągi krzesełkowe pracowicie wożą w górę narciarzy, więc wszystko gra. Miłym bonusem jest to, że można całkiem blisko podjechać samochodem na przestronny (i darmowy!) parking na dwa tysiące samochodów. Od razu powiedzmy – to nie jest na Podhalu norma.
Szybko przebieramy się i ruszamy ku stylowym kasom, mieszczącym w sobie restaurację, wypożyczalnie sprzętu i kilka sklepów. Magda była tu dwa lata temu i nie rozpoznaje tego miejsca, tak się rozbudowało. Sergiusz pamięta Kotelnicę jeszcze z lat dziewięćdziesiątych, gdy przyjeżdżało się do Białki, kiedy w Zakopanem nie było już śniegu. A tu, dzięki odpowiedniemu mikroklimatowi, jeszcze można było jeździć. Wtedy na każdy wyciąg trzeba było kupować osobne karnety. Górale niby chcieli się dogadać, ale zawsze w końcu się kłócili i nic z tego nie wychodziło. Od początku XXI wieku, nagle coś się zmieniło i Białka, razem z Jurgowem stworzyła jedno konsorcjum narciarskie w prawdziwie alpejskim stylu. Dziesięć minut w „kolejce do kolejki” i wyjeżdżamy na Kotelnicę. Z góry (nieco na lewo) widać ośnieżone szczyty Tatr, z majestatycznym Lodowym i Gerlachem. Śnieg jest z armatek, więc sztuczny. Jeździ się tak sobie, ale nie ma co narzekać. Kilka metrów za trasą jest już sucha trawa i kamienie. To, że w ogóle można tu jeździć to cud i ciężka praca wielu ludzi. Tylko te kolejki… A właściwie bezładny tłum, tłoczący się do bramek prowadzących na krzesełka. Słabsi nie mają szans się dopchać i nikt tego nie pilnuje. Choć uczciwie trzeba przyznać, że tłum jest różnojęzyczny. Przeważa język rosyjski, niemiecki i węgierski. Polaków można poznać po deskach snowboardowych. Szał, który na świecie już mija, u nas trzyma się nieźle. Dziewięćdziesiąt procent młodych ludzi na stoku, to polscy snowboardziści.
godz. 14.00
Obiad w Karczmie Kotelnica
Karczma przy dolnej stacji wyciągu Kotelnica I może i nie jest szczytem marzeń o wykwintnej regionalnej kolacji, ale jeśli nie chcemy przerywać jazdy na zbyt długo i przegryźć coś na szybko nie zdejmując butów narciarskich – jest idealna. Tuż obok wyciągu, z przestronnym tarasem, gdzie w przejrzyste dni można wystawiać się do słońca i cakiem niezłą kuchnią. Co prawda jest to restauracja typu stołówka, z głośników lecą nieśmiertelni „Golcowie”, a ekspedientki ogłaszają przez mikrofon odbiór zamówienia z podhalańskim zaśpiewem, jakby po wyrecytowaniu „moskole, bigosik i flaczki” miały zakrzyknąć „hej!”. Góralszczyzna jest serwowana tak jak flaczki – pod turystów. Nad wejściem do restauracji jest napis „Witomy w karczmie”. Tylko, że po góralsku nie mówi się „witomy” tylko „pytomy”. Ale to detal. Niesieni wspomnieniem niedawnych świąt skusiliśmy się na „bigosik” za 10 złotych, całkiem niezły i pozwolił nam przetrwać na wyciągu przez kolejne godziny. Wychodząc z karczmy zauważyliśmy schodzący do lądowania helikopter. Sergiusz zaniepokoił się, jak zawsze, kiedy widzi helikopter w górach, bo nigdy nie oznacza to nic dobrego. Tym razem jednak okazało się, że to nowa atrakcja w Białce – loty widokowe. Ciekawa inicjatywa, jednak my przyjechaliśmy tu na narty i tego będziemy się trzymać. Wracamy na stok!
godz. 15.00
Janukalowski Wierch
Wjeżdżamy na Kotelnicę i zjeżdżamy dość wąską, pełną nieprzyjemnych muld, przecinką na drugą stronę góry. Stąd zabiera nas jeden z najnowocześniejszych polskich wyciągów krzesełkowych. Trzy lata temu, gdy go uroczyście uruchamiali, był cudem techniki. Miękkie, podgrzewane kanapy, elegancka niebieska pleksi-zasłona, którą można opuścić, gdy zacina śnieg, czy wieje wiatr. I rzeczywiście, na Janukalowski Wierch wjeżdża się szybko i komfortowo. A zjazd też jakiś lepszy. Niestety, bardziej płaski, ale za to nie ma muld i można nawet pośmigać (jeśli uda nam się rozpędzić). Sporo dzieciaków uczy się tu stawiać pierwsze kroki na nartach. I rzeczywiście ta górka wydaje się do tego wymarzona. W dodatku wreszcie wyszło słońce i zrobiło się gorąco (no bez przesady – jest góra trzy stopnie powyżej zera). Ale jak na początek stycznia – to jest upał.
godz. 20.00
Termy Białka
To jedna z największych atrakcji miejscowości. Dlatego większość ośrodków noclegowych współpracuje z termami dołączając do noclegu kupony rabatowe. Magda do tej pory wspomina imprezę dla dziennikarzy, która przypominała ucztę rzymską (zarówno z powodu strojów a raczej – poza prześcieradłami kąpielowymi – ich braku, jak i z powodu ilości atrakcji, jadła i napitków). Na co dzień jest tu znacznie spokojniej, ale i tak jest co robić – piętrowe SPA ze strefą pięciu saun (znakomite sesje tematyczne), kompleksem basenów wewnętrznych i zewnętrznych, barami i restauracjami. Największą atrakcją są zewnętrzne baseny, do których można wskoczyć wprost z sauny fińskiej i kąpać się pod gołym niebem nawet w środku zimy. Albo po prostu skandynawskim sposobem wytarzać się w śniegu (jeśli akurat jest). Po intensywnym dniu na stoku relaks był dla nas wart każdej ceny. Masaże i kąpiele w termalnych wodach doprowadziły obolałe mięśnie do porządku. Potem jeszcze regionalna kolacja w miejscowej restauracji. Dobrze, że do hotelu mieliśmy 10 minut spacerem, bo po takim zakończeniu spaliśmy jak dzieci.
Niedziela, godz. 10.00
Zamek Niedzica
Jeśli „Wakacje z duchami” były filmem waszego dzieciństwa, to nie można sobie odmówić wizyty na zamku w Niedzicy. Zwłaszcza, że to jedno z najciekawszych miejsc w okolicy Białki, a dobrze zachowanych renesansowych zamków, w Polsce nie ma zbyt wiele. Zamek Dunajec strzegł przez lata węgiersko-polskiej granicy (należał do węgierskiego rodu Berzeviczych) i wsławił się (dość niechlubnie) faktem, że w zamkowych włościach pańszczyznę zniesiono najpóźniej w Europie – bo dopiero w połowie lat trzydziestych XX wieku. Ale do legendy graniczna warownia przeszła już wcześniej. W XVIII wieku zamieszkał tu po powrocie z Peru, polsko-węgierski awanturnik Sebastian Berzeviczy. Z dalekich wojaży przywiózł Uminę – inkaską żonę i jej syna, który był potomkiem ostatniego inkaskiego przywódcy – Tupaka Amaru. Podobno inkaska starszyzna w zamian za opiekę nad małym księciem przekazała Berzeviczemu bezcenny skarb. Hiszpańska inkwizycja wpadła jednak na trop Uminy i zamordowano ją na zamku w Niedzicy. Pochowano ją w srebrnej trumnie, gdzieś w ukryciu, a Berzeviczy udał się z małym księciem na Morawy. Skarb inkaski został w Pieninach. Po II Wojnie Światowej do kustosza muzeum w Niedzicy zgłosił się Andrzej Benesz – potomek Sebastiana Berzeviczy'ego i posługując się rodzinnymi dokumentami wskazał trzeci stopień prowadzący do zamkowej bramy. Pod nim był spisany po łacinie dokument i inkaskie kipu – pismo węzełkowe. Co tam było zapisane? Nie wiadomo, bo Andrzej Benesz zginął wkrótce po tym w wypadku samochodowym.
Niedzica nie była bezpiecznym miejscem dla kobiet. Jeszcze w Średniowieczu podobno w afekcie, młody dziedzic Bogusław zamordował swoją żonę – Brunhildę (wrzucił ją do studni liczącej sześćdziesiąt metrów głębokości). Potem modlił się o przebaczenie. W nocy przyśniła mu się żona mówiąca: „przebaczam ci Bogusławie Łysy”). Tylko, że Bogusław do tamtego dnia szczycił się całkiem bujną fryzurą. Gdy obudził się i spojrzał w lustro, zobaczył, że jest łysy jak kolano.
Muzeum zamkowe można zwiedzać codziennie, z wyjątkiem poniedziałków. Szczególnie interesująca jest izba tortur, w której ponoć męczono bohatera polsko-słowackich legend – Janosika.
godz. 13.00
Karczma Hajduk
Na wprost zamkowej bramy, w starym, zabytkowym kasztelu znajduje się dziś karczma „Hajduk”, specjalizująca się w daniach regionalnych z węgierskimi akcentami. Z zewnątrz budynek prezentuje się znakomicie. Wewnątrz już jest bardziej „standardowo”, ale za to nadrabia miłą atmosferą, przystępnymi cenami i troską o najmłodszą klientelę (są specjalne dania dla dzieci, w toalecie można znaleźć przewijak dla niemowląt, a starsze dzieciaki usiądą na specjalnych krzesełkach). Zamawiamy „Kopertę Brunhildy”, czyli soczysty kotlet nadziewany serem i pieczarkami, oraz i filet Palocsaya (smażona pierś kurczęcia z ananasem). Za obiad dla dwóch osób (z herbatą i półlitrowym piwem) płacimy pięćdziesiąt złotych. Widać, że lokal nastawia się na wycieczki szkolne i grupy zorganizowane (stąd pół karty zajmują pizze i fastfoody), ale w sumie jesteśmy zadowoleni, bo każdy może znaleźć coś dla siebie.
