Pomysł na weekend w… Kazimierzu Dolnym

Wystawa Chaima Goldberga w Muzeum Nadwiślańskim
Wystawa Chaima Goldberga w Muzeum Nadwiślańskim fromwarsawwithlove.pl
Właśnie teraz możemy tu spokojnie przejść się po rynku, posiedzieć w kawiarni, czy odetchnąć atmosferą działającej ponad sto lat kolonii artystycznej w jednej z kilkudziesięciu galerii. Zanim wiosną zjawią się tu tłumy, warto wybrać się na weekend i przekonać, czy królewskie miasteczko nad Wisłą słusznie jest uważane za stolicę sztuki.

Kościół Franciszkanów
Pensjonat "Noce i dnie"



Kazimierski Rynek
Muzeum Złotnictwa i wystawa Chaima Goldberga
U Fryzjera

Wąwóz Korzeniowy i Przystanek Korzeniowa
Kazimierskie koguty
Pałac Czartoryskich w Puławach
Zamek w Janowcu

Piątek, godz. 16.00
Kościół Franciszkanów

Parkujemy samochód nieopodal rynku, zdając sobie sprawę z tego, że od maja do końca października taki luksus może nam się już nie przytrafić. Drewniane, kryte dachem schody prowadzą z ulicy wprost na szczyt Wietrznej Góry (przemianowanej na Plebanią Górę), gdzie od końca XVI wieku stoi sanktuarium maryjne z cudownym „łaskami słynącym” obrazem Matki Boski Kazimierskiej, namalowanym przez „miejscowego mistrza”. Od 1627 roku rezydują to ojcowie franciszkanie, z najsurowszej reguły Reformatów. Wystrój świątyni pochodzi z XVIII wieku, ale miejsce jest kultowe od co najmniej tysiąca lat. Podobno stał tu niegdyś pogański święty dąb.
Warto przejść kilka kroków w prawo od głównego wejścia do kościoła i bocznymi drzwiami wejść do przyklasztornego muzeum, a raczej dość chaotycznego gabinetu osobliwości. Za drobne „co łaska” świecki brat opiekujący się muzeum, opowie ciekawe losy eksponatów, na przykład krzyża przeszytego kulami przez Gestapowców, którzy podczas wojny urządzili sobie w klasztorze siedzibę.


Godz. 19.00
Noce i dnie

Do zamieszkania tu skusił nas widok z okna – na okolice rynku i zalesione wzgórza wokół miasteczka. Pensjonat „Noce i Dnie” przy ul. Nadrzecznej 48a polecił nam znajomy, który do Kazimierza jeździ od lat. Rzeczywiście, widok z okna był imponujący (choć pewno wiosną byłoby jeszcze ładniej), apartament z kuchnią i lodówką idealny dla rodziny w podróży, a właściciele – przesympatyczni i bardzo kulturalni. Nic dziwnego – Jolanta była nauczycielką a dziś prowadzi galerie, Kuba jest artystą. Połączyła ich miłość do Kazimierza Dolnego, gdzie w latach zgrzebnego PRL-u przyjeżdżali z gitarą i nasiąkali atmosferą sztuki i wolności. Dziś prowadzą uroczy, pełen domowego ciepła pensjonat pięć minut spacerem do rynku. Ciekawie opowiadają o mieście i można zaufać ich rekomendacjom.


Sobota, godz. 10.00
Rynek i Mały Rynek

Są tacy, którzy uważają, że to jest kwintesencja miasteczka i w zasadzie na bardzo krótką wizytę wystarczy. Latem jest tu większy tłok niż na niejednej wielkomiejskiej Starówce. Teraz, zimą, jest po prostu fantastycznie – pusto, cicho i jakoś tak mistycznie. Podcienia kamienic wokół rynku zajęte są głównie przez puby, knajpki, kawiarnie i galerie. Najpiękniejsze obiekty, to sąsiadujące ze sobą XVII-wieczne Kamienice Przybyłów, o fasadach misternie zdobionych ornamentami roślinnymi i zwierzęcymi, a przede wszystkim wizerunkami świętych patronów właścicieli – braci Przybyłów, Mikołaja i Krzysztofa. Całość zamykają imponujące attyki (choć to nic w porównaniu do zwieńczenia fasady pobliskiej Kamienicy Celejowskiej, uznawanego za najpiękniejszą attykę w Polsce).

Rynek to miejsce do którego zmierzają wszyscy turyści odwiedzający miasteczko, tu prezentują swoje prace artyści, pod studnią wróżą Cyganki, a przez dwa dni w tygodniu – we wtorki i piątki, od samego rana do południa, odbywa się bazar na którym można kupić dobra z okolicznych gospodarstw. Jak powiedziała nam kazimierska kumoszka spotkana na targu, są tu najlepsze sery białe wyciskane między deskami (13 złotych/kg, ale podobno tylko pierogi z takim serem smakują mężowi), jajka od wolno chodzących kur, kasze, słonina i miody. Charakterystyczna drewniana studnia na rynku – symbol Kazimierza i miejsce spotkań, przede wszystkim zakochanych (który czasem umawiając się pod studnią narażają się na qui pro quo, bo w okolicach rynku podobne studnie są trzy). Obecny kształt zawdzięcza architektowi-celebrycie tych okolic, Janowi Koszczyc-Witkiewiczowi, który zaprojektował ją w 1915 roku. Na rynku koniecznie trzeba pogłaskać przynoszącego szczęście psa i zajrzeć do Fary. Przepiękny kościół w stylu renesansu lubelskiego, fundowany najprawdopodobniej przez Kazimierza Wielkiego, kryje najstarsze czynne organy w Polsce (z 1620 roku). Warto spojrzeć w górę na ciekawy świecznik z głową jelenia i imponującym porożem.

Pobliski Mały Rynek to centrum dawnego żydowskiego sztetla, a podczas wojny – getto. Przy placu zachowały się do dziś drewniane Jatki Koszerne i Synagoga – przepiękny budynek z krytym gontem dachem polskim. Według legendy sukienka tory z tej synagogi była zdobiona ręką Esterki, ukochanej króla Kazimierza Wielkiego. W bożnicy jest sklepik (można tu kupić prócz pamiątek i kosmetyków z Morza Martwego koszerne alkohole i wina z Izraela), kawiarnia i niezły hotelik, gdzie poza sezonem moża spędzić noc za 150 złotych. O tragicznym końcu mieszkańców Kazimierza wyznania mojżeszowego, którzy żyli na tych ziemiach od XIII wieku i stanowili ponad 50% (niektórzy badacze szacują nawet, że 70%) mieszkańców miasteczka, świadczy tabliczka na ścianie synagogi, upamiętniająca 3000 Żydów, którzy zginęli lub zostali wywiezieni do obozów koncentracyjnych.


godz. 14.00
Muzeum Złotnictwa i wystawa Chaima Goldberga

W samym centrum Kazimierza (ul. Rynek 19) w stylowym budynku mieści się supernowoczesne wnętrze jednej z najciekawszych instytucji kultury. Jeśli zdecydujemy się wydać 24 zł na wspólny bilet, to dostaniemy poza Muzeum Złotnictwa wstęp do wszystkich placówek Muzeum Nadwiślańskiego (m. in. zamku w Janowcu, dworku Kuncewiczów w Kazimierzu, czy muzeum Czartoryskich w Puławach). Nazwa „Muzeum Złotnictwa” jest nieco zwodnicza, bo na wystawie zobaczymy dzieła sztuki wykonane ze srebra, ale co tam! Chyba po prostu nie ma na to odpowiedniego słowa. Najciekawsza, naszym zdaniem, jest kolekcja sreber związanych z kulturą żydowską. Mezuzy, jady, świeczniki szabatowe, lampki chanukowe, kielichy kidduszowe, puszki na etrog i balsaminki… Nazwy ściśle związane z kulturą, która podczas Drugiej Wojny Światowej miała zostać unicestwiona. W kolejnej sali są srebra chrześcijańskie – krzyże z „okienkami” na relikwie, naczynia liturgiczne, a w osobnej gablocie najcenniejszy skarb muzeum – biskupie lavabo (dzbanuszek do umywania rąk w czasie nabożeństwa) z XVIII wieku.

Srebra znajdują się na poziomie minus jeden. Za to na pierwszym piętrze muzeum zobaczymy na pewno do końca wakacji, a może i do końca 2014 roku, wystawę czasową grafik i obrazów Chaima Goldberga. Ten urodzony w 1917 roku obywatel Kazimierza Dolnego miał niezwykłe życie, a jego obrazy przypominają styl Marca Chagalla.

Miasto, z którego pochodził, i które było dla niego inspiracją przez całe życie, pozostało w znacznej mierze to samo. Ale nie takie samo, bo nie ma już żydowskich mieszkańców, których Goldberg malował, mieszkając już po wojnie w Izraelu, a potem w Los Angeles. Na jego płótnach dużo jest muzyki, grajków, klezmerów, unoszących się nad ziemią, tańczących, szczęśliwych. Bolesnym zgrzytem są jedynie obrazy opowiadające historię Holocaustu. Nie ma co ukrywać – o wystawie zrobiło się głośno dzięki kilku przedstawieniom cierpień Żydów i obojętności, a nawet nieskrywanej radości polskich sąsiadów. Trudno było to widzom wystawy zaakceptować. Zwłaszcza, że w Kazimierzu do tak drastycznych scen nie dochodziło. A przynajmniej nie ma dziś na to żadnych dowodów.


godz. 17.00
U Fryzjera

Do „Restauracji u Fryzjera” szliśmy z dużą obawą. Z prostego powodu. jeszcze do niedawna była to legendarna „Knajpa u Fryzjera”, genialny, klimatyczny lokal o atmosferze żydowsko-mieszczańskiej z przełomu wieków. Każdy, kto bywał w Kazimierzu (a było wielu takich, którzy potrafili przyjechać z Lublina czy Warszawy tylko na obiad do „Fryzjera” i wracać do domu). Wewnątrz czuło się, jakby czas zatrzymał się na początku XX stulecia, jeszcze przed całym koszmarem wojny i holokaustu. Mnóstwo bibelotów, obrazki na ścianach, stylowe kanapy, sącząca się cicho nastrojowa muzyka i fantastyczne koncerty zespołów klezmerskich, które do ciasnego lokalu ściągały prawdziwe tłumy. W tym miejscu każdy miłośnik tych stron przeżywał niezwykłe lub romantyczne chwile, do których, myśląc o Kazimierzu wracał wspomnieniami.

W sylwestra 2012 roku byliśmy świadkami tragicznego końca tamtego „Fryzjera”. Przyjechaliśmy do miasta późnym wieczorem, specjalnie na macę serową i cymes. Stanęliśmy pod knajpą dokładnie w momencie, gdy strażacy dogaszali pożar, który kompletnie strawił wnętrze. Osmalone ściany ociekały wodą, a pytani przez nas o to co się stało strażacy, wzruszali tylko ramionami.


Dlaczego piszemy o nieistniejącej już legendzie „U Fryzjera”, zamiast z rzetelnością dziennikarską zająć się nowym lokalem? Bo za bardzo nie ma o czym pisać. Lśniące nowością wnętrze, drewno łączone z kafelkami. Menu laminowane jak w zwykłej kebabowni w dodatku robione w pośpiechu, z błędami. Łazienka, która kiedyś przypominała toaletkę eleganckiej, XIX-wiecznej mieszczki, teraz wygląda jak przykładowa aranżacja z Castoramy. Niby szefowa kuchni „tamtego” Fryzjera jest teraz właścicielką. I faktycznie, maca serowa i cymes smakują tak samo. Tyle, że w tym otoczeniu, to już po prostu nie jest to samo...



Niedziela, godz. 9.00
Przystanek Korzeniowa

Gdyby ten wąwóz trzynaście lat temu zobaczył Peter Jackson, to trylogię „Władcy Pierścieni” nakręciłby w Kazimierzu, a nie gdzieś w Nowej Zelandii. Wspinamy się wąskim dnem głębokiego jaru, a nad nami groźnie wiją się korzenie drzew, które utrzymują się w pionie, wydawałoby się jedynie siłą zaklęć jakiegoś potężnego czarnoksiężnika. Siedemset metrów wąwozu, to spacer niemal górski (nie polecamy pchania się tam z wózkiem), za to nagrodą jest zejście do szałasu „Przystanek Korzeniowa”

Z zewnątrz wydaje się niepozorny, nawet nieco zaniedbany, ale warto jest wejść do środka i spróbować absolutnie rewelacyjnej zupy z soczewicy (osiem złotych) przyprawionej na ostro w hinduskim stylu. Próbowaliśmy też ruskich pierogów (15 zł). Jest ich na talerzu jedynie pięć, ale są tak ogromne, że ledwo daliśmy radę we dwójkę pochłonąć jedną porcję! Wszystko to przy sączącej się z głośników cichej muzyce i sympatycznych opowieściach właściciela.


godz. 11.00
Kazimierskie koguty

Nie moglibyśmy wyjechać z Kazimierza bez kupienia kazimierskiego koguta. W tym celu poszliśmy do piekarni Sarzyński przy Senatorskiej, gdzie od 1915 roku wypieka się te pamiątkowe ciasta w kształcie koguta. Tu podobno są te najprawdziwsze, jedyne oryginalne i certyfikowane. Faktycznie, kogut ma pieczęć z ciasta, specjalną recepturę (z dodatkiem masła), no i oczywiscie legendę. Podobno kiedyś, w czasach pogańskich, diabeł rozsmakował się w kazimierskich czarnych kogutach. Postanowił wyłapać je wszystkie, ale jeden sprytny kur schował się tak dobrze, że diabeł opuścił czarcią jamę i wybrał się na poszukiwania uciekiniera. Tymczasem Ojcowie Reformaci wyświęcili diablą norę i czart uciekał z miasteczka jak najdalej od święconej wody. Kogut, który uratował Kazimierz jest dziś sprzedawany jako smakowita pamiątka.


godz. 12.00,
Puławy

Dawna rezydencja magnacka Czartoryskich, w XVIII wieku nazywana Małymi Atenami, tu, oprócz Warszwy tetniło życie artystyczne ówczesnej Polski. Tu Familia stworzyła siedzibę z rozległym pałacem przebudowanym przez Chrystiana Piotra Aignera (któremu Warszawa zawdzięcza m.in. obecny ksztat Pałacu Prezydenckiego czy kościoła Św. Aleksandra na Placu Trzech Krzyży. W pałacu bywali Tadeusz Kościuszko, Jan Paweł Woronicz czy Julian Ursyn Niemcewicz.
Pobliski Pałacyk Marynki kryje tragiczną historię. Córka Izabeli z Flemingów Czartoryskiej i Adama Kazimierza Czartoryskiego, Maria, poślubiła księcia Ludwika Wirtemberskiego, i dla założenia nowej rodziny dostała piękny pałacyk opodal rezydencji rodziców. Nad wejściem pełna radości „Marynka” kazała wyryć cytat z Horacego ISTE TERRARUM MIHI PRAETER OMNES ANGULUS RIDET (ze wszystkich zakątków ziemi ten najbardziej się do mnie uśmiecha). Mimo inwestycji hipotecznych, jak to bywa, małżeństwo nie okazało się szczęśliwe i, zanim ukończono budowę, rozpadło się. Ludwik, który podczas powstania zdradził Rzeczpospolitą (jako dowódca wojsk litewskich działał na korzyść zaborców). Wówczas małżeństwo zakończyło się rozwodem, a nieszczęśliwa Maria wkrótce wyjechała z Puław. Nieszczęsny pałacyk splądrowali rosjanie w ramach represji za udział Czartoryskich w powstaniu kościuszkowskim. Architektoniczną ciekawostką jest portyk budowli – wejście zagłębione w fasadę. Takie rozwiązanie możemy podziwiać tylko w dwóch miejscach w Polsce – w Łazienkach Królewskich i właśnie w Puławach.
Ogród – ukochane miejsce Izabeli Czartoryskiej to starannie zaprojektowany park z budynkami nawiązującymi do budowli historycznych. Mamy więc domek gotycki, sztuczne ruiny, świątynię Sybilli i kościół na wzór rzymskigo Panteonu. W Świątyni Sybilli księżna Izabela Czartoryska gromadziła rodzinne pamiątki Sieniawskich, Lubomirskich i Czartoryskich oraz pamiątki po wielkich Polakach, które miały przypominać po rozbiorach Polski pełną chwały przeszłość narodową.


godz. 14.00,
Zamek w Janowcu

W sezonie z Kazimierza do Janowca pływa prom. Teraz trzeba pojechać przez Puławy. Ponad 500-letni zamek w Janowcu, niegdyś jedna z najpotężniejszych siedzib magnackich, przepięknie położona nad przełomem Wisły, to dziś trwała ruina.
Posiadłość należała między innymi do Firlejów, Tarłów (którym zawdzięcza największą rozbudowę) i Lubomirskich. W janowieckim zamku bywał mieszkający w pobliskim Czarnolesie Jan Kochanowski. Pobudzająca wyobrażnie majestatyczna budowla kryje wiele legend i łotrzykowskich historii – podobno jeden z właścicieli przegrał zamek w karty, a córka innego, nieszczęśliwie zakochana w miejscowym rybaku rzuciła się z murów przebijając się uprzednio sztyletem. Do dziś błąka się po ruinach w czarnym żałobnym stroju...
Fantastycznie zachowane krużganki kryją przejście do niezwykłej komnaty zamkowej, w której można... spędzić noc. Szkopuł w tym, że jest to jedyna komnata gościnna (hotel o jednym pokoju w zamku w Janowcu to oficjalnie najmniejszy hotel świata), a w zamku straszy przecież Czarna Dama. Jest to więc nocleg dla gości o mocnych nerwach, ale na pewno przezycie nieporównywalne z żadnym innym. My mamy zamiar spróbować! Następnym razem...
Dla tych mniej odważnych czekają równie klimatyczne noclegi w drewnianym, modrzewiowym XVIII-wiecznym dworze szlacheckim, gdzie po zwiedzeniu parteru, gdzie zaaranżowano wystawę siedzib ziemiańskich i okolicznych chałup, które tworzą mały skansen, można udać się na spoczynek, jak prawdziwy, znużony dobrze przeżytym dniem szlachcic. Dla nocujących na zamku lub we dworze wstęp do wszystkich atrakcji jest bezpłatny.
Trwa ładowanie komentarzy...